Badania archeologiczne

Obecnie dzięki badaniom archeologicznym wiadomo, iż wzniesienie to stanowi pozostałość grodu wczesno­średniowiecznego, a pochodzące stamtąd oraz z okolicy skarby zawierały pieniądz srebrny z tego właśnie okresu. Podobnie wiele innych legend o skarbach wiąże się zapewne ze wspomnieniem jakichś znalezisk dokonywanych w przeszłości, później zaś upiększonych i powiększonych przez tradycję, która szczególnie chętnie zamienia srebro, a nawet połyskujący brąz w złoto i mnoży jego ilość. Odnajdywane bowiem w Polsce skar­by wczesnośredniowieczne prawie nigdy nie zawierają złota i rzadko przedstawiają większą wartość materialną w dzisiejszym rozumieniu. Kilkadziesiąt lub kilkaset gramów, a wyjątkowo kilka kilogramów pokrytych śniedzią monet ze srebra nie zawsze pierwszej jakości, czasem jeszcze garść ozdób, niegdyś pięknych, ale przeważnie pociętych na części lub pokruszonych, nieco bry­łek srebra surowego lub kilka małych sztabek, wszystko owinięte w zetlałą płachtę lnianą i złożone nie w zamczystej skrzyni, lecz w małym, glinianym garnczku — to najczęstszy typ owych zna­lezisk. Odkrywane bywają z reguły przypadkiem, na polach pod­czas orki, w lesie podczas karczunku, przy pracach ziemnych, bu­dowie dróg, kopaniu żwiru lub torfu, przez znalazców najmniej się ich spodziewających, czasem przez dzieci grzebiące dołki w piasku; czasem też bywają wymyte przez wodę.

Tylko wyjąt­kowo odkrycie takich znalezisk staje się udziałem zawodowych archeologów. Nic w tym dziwnego: każdy, kto zakopywał przed laty swój skarb, starał się, by żaden ślad nie ujawnił miejsca jego ukrycia, a co najwyżej dla własnej orientacji dobierał punkt charakterystyczny w terenie, jakiś głaz, szczyt wzgórza, dawny kurhan czy choćby wyróżniające się drzewo, przeważnie poza obrębem ówczesnych osiedli, z dala od oczu świadków. Gdy wła­ściciel skarbu umarł nie wyjawiwszy swej tajemnicy lub poległ na wojnie, popadł w niewolę, a nawet gdy sam się pomylił i nie potrafił odszukać schowanego mienia — skarb pozostawał w zie­mi na zawsze, o ile ktoś przypadkiem później nań nie natrafił. Skarb srebrny lub znacznie rzadszy skarb złoty, chociażby leżał w ziemi przez wieki, nie ulegał zniszczeniu. Jeśli nawet naczynie wypełniła przygniatająca je ziemia albo rozkruszyły korzenie wyrosłych nad nim drzew, pomimo deszczów i wilgoci kruszec zachował swą strukturę, nie utleniając się.

Co najwyżej, gdy miał domieszki miedzi lub innych metali nieszlachetnych, pokrywał się na powierzchni zielonkawą patyną. Dzięki swym właściwo­ściom fizycznym pozostawał podatny na dalszą przeróbkę; każdy złotnik mógł go przetopić i sporządzić zeń jakieś naczynia czy ozdoby, można go też było przebić w mennicy na nową monetę. Dlatego przez długie lata odkrywcy traktowali każde takie zna­lezisko przede wszystkim lub nawet wyłącznie jako przedmiot tej tylko, kruszcowej wartości. Znalezione zabytki rychło spieniężano, topiono i przetwarzano. Czasem tylko zatrzymywano niektóre z nich „na pamiątkę” jako osobliwości. Częstokroć też sama oba­wa przed ustawami, które zazwyczaj przyznawały znalazcy pra­wo własności jedynie do części odkrytego skarbu, była przyczyną jego pokątnej sprzedaży albo wywozu za granicę i zatajania wszelkich wiadomości o odkryciu.

Znany jest też, co prawda wy­jątkowy przykład, gdy odnaleziony skarb czym prędzej zatopiono w jeziorze w przekonaniu, że są to „nieczyste” pieniądze, pocho­dzenia diabelskiego: osobliwy wpływ legend o zakopanych bo­gactwach. W wyniku wszystkich wspomnianych tu okoliczności zachowało się bardzo niewiele konkretnych informacji o odkryciach tego ro­dzaju, szczególnie z lat dawniejszych, a jeszcze mniej samych zabytków. Dopiero od połowy ubiegłego wieku wiadomości te znacznie się mnożą. Zawdzięczamy je wzrostowi zainteresowań naukowych podobnymi znaleziskami, rozwojowi muzealnictwa i. kolekcjonerstwa, organizacji ochrony zabytków i coraz szersze­mu uświadomieniu społeczeństwa o pozamaterialnej wartości tych „skarbów”. Ale i dziś jeszcze pewna ich część ulega bezpowrotnej zatracie. Zniszczenie bowiem zabytku jako przedmiotu badań naukowych nie ogranicza się do samych wypadków fizycznego ich unicest­wienia w tyglu czy na kowadle złotnika. Gdy skarb taki trafi do rąk zbieraczy, którzy go rozproszą po różnych kolekcjach, zde­kompletują jako całość, lub gdy znalazca ukryje choćby jedną z tysiąca zawartych w nim monet, czy też gdy nie zostaną zacho­wane dokładne wiadomości o miejscu odkrycia zabytku, jego war­tość jako świadectwa przeszłości może być zaprzepaszczona albo ograniczona w bardzo znacznym stopniu. Zobaczmy zresztą na typowym, przeciętnym przykładzie, jakie wiadomości i w jaki sposób usiłują badacze wydobyć z takiego znaleziska. Na polu leżał głaz.

Od lat zawadzał orce, aż wreszcie postanowio­no kamień usunąć. Gdy go podważono drągami i wydżwignięto z ziemi, na dnie jamy ktoś spostrzegł wystający z piasku brzeg glinianego naczynia. Wyciągnięto je natychmiast. Był to garnu­szek barwy szarobrunatnej, bez żadnej polewy, chropawy na po­wierzchni, wysoki na kilkanaście centymetrów, o krawędzi silnie wywiniętej, jak w niektórych dzisiejszych wazonach. Górną część pękatego brzuśca zdobiły wyżłobione linie faliste, biegnące do­okoła. Na dnie, lekko wklęsłym, znajdował się wypukły znak w kształcie krzyża umieszczonego w kole. Później, gdy naczynie znalazło się już w muzeum, archeologo­wie na podstawie tych cech stwierdzili, że jest ono typowym wy­robem polskim z XI w. Ustalili, że ów znak na dnie wskazuje na pochodzenie naczynia z warsztatu garncarskiego, którego pro­dukty znane są z pobliskiej okolicy, a zatem już te tylko dane pozwalają stwierdzić, iż zawarty w naczyniu skarb należał nie do jakiegoś obcego kupca, lecz do kogoś z osób miejscowych. Do­kładne określenie miejsca odkrycia pozwoliło zaznaczyć ów punkt na mapie osadnictwa wczesnośredniowiecznego, znanego już dzię­ki innym znaleziskom archeologicznym, ustalić jego położenie względem niedalekiego grodziska i skierować uwagę badaczy na najbliższy mu obszar w poszukiwaniu innych śladów działalności ludzkiej z tego okresu. Kiedy wydobyte naczynie przewrócono, posypał się zeń piach, odsłaniając ledwie trzymającą się tkaninę, pokrytą zielonymi pla­mami przeżerającej ją śniedzi.

Między tym zawiniątkiem a ścian­kami garnuszka leżały skruszałe już płatki kory brzozowej, którą człowiek ukrywający niegdyś swój skarb, ułożył starannie, by chroniła go od wilgoci. I te szczegóły nie były obojętne badaczom. Specjaliści obejrzeli dokładnie ową szmatkę, określili rodzaj jej włókien i ustalili, jaki gatunek lnu wówczas uprawiano, jak był przędzony i tkany. Dalej zaś z informacji o przemyślnym wy­borze miejsca i sposobie ukrycia skarbu pod dużym kamieniem, o zabezpieczeniu go w naczyniu, tkaninie i korze wywnioskowali, że nie był to skarb schowany w popłochu, w obliczu nagłej napaści wroga, lecz zakopany spokojnie i z rozwagą, a więc w celu innym niż tylko doraźne przechowanie mienia. Założyliśmy tu, że znalazcy — co niestety stanowi rzadki wy­padek — zachowali wszelkie środki ostrożności. Chociaż ciekawi byli zawartości garnka, nie stłukli go i nie rozdarli tkaniny, nie zataili odkrycia i nie podzielili się srebrem, nie zgubili ani jednej monety, i znalezisko w całości, nie naruszone dostało się do mu­zeum.

Tam, po sfotografowaniu całego zabytku w jego pierwot­nej postaci, przystąpiono do szczegółowych badań. Wewnątrz tka­niny, którą zaraz oddano do konserwacji, leżały różne przedmioty srebrne, pokryte po części śniedzią. Najprzód zważono je wszyst­kie, bo potem, po oczyszczeniu, ciężar ich nieco już się zmniejsza. Było tego, powiedzmy, 408 g. Tę ilość kruszcu srebrnego porów­nano potem z wagą innych skarbów, z ówczesnymi jednostkami wagowymi i z wiadomościami o cenach płaconych wtedy za roz­maite towary. Określono stąd, jakiego rzędu wartość przedsta­wiał skarb w warunkach wczesnego średniowiecza, w zamian za jakie dobra mógł on się znaleźć w rękach jego właściciela, a więc jaka mogła być pozycja społeczna tego człowieka: czy należał on do grupy możnych feudałów, czy drobniejszego rycerstwa, czy też mógł być nawet zamożnym kmieciem. Nie uprzedzajmy jednak tych wniosków. Podamy je w dalszych rozdziałach, a na razie prześledzimy tylko żmudne zajęcia bada­czy, którzy starają się zmusić zabytek do odpowiadania na jak naj­szerszą ankietę dotyczącą jego przeszłości. Srebro, po zważeniu, przekazano do oczyszczenia i konserwacji. Po kilku dniach płukania każdej sztuki w wodzie z mydłem, w od­powiednio dobranych roztworach słabych kwasów, po starannym osuszeniu i, w razie potrzeby, po uodpornieniu środkami chemicz­nymi na dalszą korozję, przedmioty te — o czystej już i lśniącej powierzchni — wróciły na stół badaczy. Przypuśćmy spobie było 155 monet, 35 fragmentów ozdób srebrnych, 10 ułamków sztabek i 15 nieregularnych bryłek, zwanych zazwyczaj „plackami srebrnymi”. Każda z tych grup przedmiotów wymaga równie dokładnej uwagi.

Do przeszłości należy już czas, gdy nawet po­ważni naukowcy dzielili te zabytki na mniej i bardziej „ważne”, zajmując się głównie rzadszymi lub piękniejszymi okazami mo­net czy ozdób, a odkładając na bok przedmioty mniej efektowne lub uszkodzone. Dziś nawet najdrobniejszy, bezkształtny okruch srebra zmuszono do mówienia; ma on swe miejsce, obok innych zabytków, w tabelach statystycznych, w wykazach składu che­micznego kruszcu oraz w zestawieniach pomiarów wagowych 1 przynosi niejednokrotnie bardzo istotne wiadomości. Ale najbardziej wielomówne są zazwyczaj monety. Napisy i ry­sunki na ich stemplach wskazują, gdzie i kiedy zostały wybite, a stąd płyną już wnioski o stosunkach handlowych i drogach, którymi monety owe przybyły ze swej ojczyzny do miejsca, gdzie je obecnie odkryto. Wnioski to jednak niełatwe, bo przecież mo­neta nie wędrowała z mennicy wprost do rąk właściciela skarbu, ale kluczyła długo przez odległe niekiedy kraje. Trzeba więc sprawdzić, czy nosi ona na sobie ślady zużycia w obiegu lub czy ma jakieś uszkodzenia; trzeba oznaczyć, z jakimi innymi moneta­mi znalazła się razem w naczyniu, bo mogą one ujawnić jej drogę; trzeba też przejrzeć wszystkie inne znaleziska monet pochodzą­cych z tej samej mennicy, sporządzić ich mapę, zbadać ich współ­zależność z innymi emisjami oraz określić chronologię. Dopiero wówczas ze wszystkich tych danych można ostrożnie snuć wnio­ski o rzeczywistym kierunku i zasięgu owych kontaktów wymien­nych, o stopniu ich nasilenia i o tym, co w zamian za te monety zostało wywiezione, kto uczestniczył w handlu jako dostawca to­waru, a kto był jedynie kupeempośrednikiem.

W naszym, przykładowym skarbie znajdowały się, powiedzmy, 2 monety polskie, wszystkie inne zaś pochodziły z obcych krajów: większa część z Niemiec, trochę z Czech, Danii i Anglii, a kilka nawet z krajów arabskich Środkowego Wschodu. Jednakże prze­studiowanie każdej takiej grupy z osobna nie wyczerpie jeszcze ciekawości badacza. Będzie on pytał dalej, w jakich warunkach, kiedy i gdzie te tak różnorodne monety spotkały się ze sobą, w ja­ki sposób odbywał się ich współobieg na naszych ziemiach, czy współcześni traktowali je jednakowo, czy też robili pomiędzy nimi jakieś różnice. Na pomoc w tych dochodzeniach powołane zostaną także inne zabytki archeologiczne i źródła pisane. Niemniej złożonych zabiegów potrzeba do uzyskania odpowiedzi na pytanie o czas wybicia poszczególnych monet, a w konsekwen­cji także o czas zgromadzenia i ukrycia skarbu w ziemi. Monety średniowieczne bowiem, z wyjątkiem arabskich, nie noszą dat rocznych, a ich wiek wyznaczają jedynie pomieszczane na stem­plach imiona władców i niekiedy inne jeszcze, uboczne elementy. Dobrze, gdy imię takie jest całkiem jednoznaczne, a do tego opa­trzone jeszcze tytułem książęcym, królewskim lub cesarskim, któ­ry w pewnych wypadkach pozwala dokładniej oznaczyć czas wy­bicia monety. Często jednak trafiają się imiona powtarzalne, jak choćby trzech panujących kolejno cesarzy Ottonów, trzech ksią­żąt czeskich Bolesławów, siedmiu bawarskich Henryków, których trzeba wyróżnić, by monetę odpowiednio datować. W innym zno­wu wypadku władca jest wprawdzie dokładnie zidentyfikowany, ale rządy jego trwały przez kilkadziesiąt długich lat, a więc dla precyzji badań należy określić, czy jest to moneta z początkowe­go, czy też może z końcowego okresu jego panowania. Niezbędne są wtedy dalsze, szczegółowe studia nad wagą tych monet, nad najdrobniejszymi cechami ich stempli, porównanie ze sobą setek podobnych egzemplarzy i dziesiątków znalezisk.

Dopiero gdy zna­ne są już możliwie dokładnie te daty, można przystąpić do badań nad rozwojem mennictwa i obiegu pieniądza, nad dziejami wymia­ny, można szukać i starać się objaśnić współzależność tych zja­wisk i innych wydarzeń dziejowych. Czas wybicia monet to oczywiście tylko orientacyjny wskaźnik, kiedy znajdowały się one w obiegu na naszych ziemiach i w jakim momencie zostały ukryte. Niektóre z nich krążyły kilkadziesiąt, a nawet ponad 100 lat, zanim dostały się do ziemi. Dla oznaczenia tego momentu podstawowe znaczenie ma więc stwierdzenie, któ­rą z zawartych w skarbie monet wybito najpóźniej. Jasne jest bowiem, że dopiero po tej dacie skarb ów mógł zostać zakopany. Najmłodsza moneta skarbu, zwana przez badaczy jego monetą „końcową^’, ma więc szczególną wartość; gdyby ją właśnie zgu­biono, chronologia całego znaleziska uległaby zniekształceniu i dlatego m. in. tak ważny jest postulat zachowania odkrytego skarbu w absolutnej całości.

Ale oznaczenie, która moneta jest najmłodsza, budzi niekiedy wątpliwości. W naszym skarbie na przykład znalazły się aż 3 róż­ne monety, mogące pretendować do tej roli. Były to, powiedzmy, denar czeski księcia Brzetysława I, który panował od 1034 do 1055 r., niemiecki Henryka III, rządzącego od 1039 do 1056 r., i duński króla Magnusa Dobrego z lat 1042—47. Którą z tych mo­net zakwalifikujemy jako „końcową”, skoro znamy tylko okresy, a nie dokładne daty ich wybicia? Chociaż w rzeczywistości każda z nich może być tą najmłodszą, to jednak przy braku bliższych da­nych wybierzemy tu denar duński Magnusa, bo wiemy na pewno, że nie został wybity przed 1042 r. Ta data bowiem jest najwcześ­niejszym z możliwych momentów ukrycia naszego skarbu, okre­ślanym przez badaczy jako termin „post quem”, czyli taki, „po którym” dopiero może mieć miejsce badane zjawisko historyczne. I chociaż istnieje prawdopodobieństwo, że w istocie ukryto ów skarb nawet w latach pięćdziesiątych XI w. lub jeszcze nieco później, to tylko ta jedna moneta świadczy niezbicie, iż nie po­chodzi on na przykład z lat powstania ludowego i najazdu cze­skiego ok. 1039 r., jak moglibyśmy przypuszczać na podstawie wszystkich pozostałych składników znaleziska.

Inne składniki są zazwyczaj jeszcze bardziej oporne niż monety w ujawnianiu swojej przeszłości. Ani ozdoby, ani bryłki srebra nie mają żadnych napisów wskazujących na ich wiek lub miej­sce pochodzenia. Dane te trzeba więc uzyskiwać przez mozolne porównywanie ozdób czy bryłek z towarzyszącymi im monetami i podobnymi zabytkami z innych okolic lub krajów, przez tro­pienie ich zbieżności i różnic. Ale i wobec tych „niemych” z pozoru źródeł badacze stosują bardzo szeroki kwestionariusz, nie ogra­niczony do samej tylko metryki ich pochodzenia. Bo jeśli w na­szym skarbie było kilkadziesiąt ułamków ozdób srebrnych, nie­gdyś najpiękniejszej, precyzyjnej roboty, ale potem pociętych na części i potraktowanych jako zwykły złom srebrny, to samo na­suwa się pytanie o przyczyny i cel takiego ich zniszczenia. Stwier­dzono wprawdzie już dawno, że to nie zwykły przypadek, lecz że mamy tu do czynienia z jednym z rodzajów pieniądza srebrnego, którym, podobnie jak monetami, posługiwano się wówczas na rynku. Wniosek taki jednak nie zaspokaja w pełni naszej ciekawości. Przecież pocięcie lub połamanie kunsztownej ozdoby na kawałki to zatrata całej wartości pracy złotnika włożonej w jej wykona­nie. Częstokroć ilość uzyskanego stąd kruszcu jest minimalna, ledwie jakiś gram srebra, a wkład pracy, zdumiewającej nawet dzisiejszych złotników — olbrzymi. Dlaczegóż więc ozdoby tej nie zamieniono raczej na większą ilość surowego srebra lub monet? Kto i dlaczego decydował się na jej pokruszenie? Kto poniósł tę stratę, a kto może na tym zyskiwał? A oto razem z tymi filigranowymi okruchami leżą w naszym skarbie surowe bryłki srebra, ulane prymitywnie, potem pocięte siekierą — jakiś drugi biegun tego samego zjawiska, jakim jest pieniądz wczesnego średniowiecza.

I tu znów lista pytań: Kto, kiedy i po co lał, a potem rozcinał te „placki” lub sztabki? Jak funkcjonował i rozwijał się rynek obsługiwany przez tak różno­rodne formy pieniądza? Przed badaczami pochylonymi nad skarbem odkrytym pod ol­brzymim kamieniem w niepozornym naczyniu glinianym stanęło więc tysiąc zagadnień. Nim je w miarę swych możliwości roz­strzygną, przyjrzyjmy się przez chwilę wielkiej mapie, na której drobnymi punktami zaznaczono wszystkie podobne znane dziś znaleziska z okresu wczesnego średniowiecza. Nasz skarb to tylko przykład jednego z licznych odkryć, jakich dokonano w Polsce i w innych krajach Europy środkowej, pół­nocnej i wschodniej. Podobny mu zespół zabytków mógł być od­naleziony równie dobrze pod Gnieznem jak pod Szczecinem, koło Płocka lub koło Wrocławia, a także pod Berlinem, Kopenhagą, Sztokholmem czy Rygą albo nawet w okolicy Smoleńska lub Czernihowa. Nie napotkalibyśmy go jednak na zachód od Łaby ani też na południe od Karpat, a w Małopolsce należałby do rzadkości. Ten rodzaj skarbów jest bowiem typowy tylko dla kra­jów otaczających szerokim kręgiem Bałtyk i stanowiących, zwłasz­cza we wczesnym średniowieczu, wyodrębniony obszar gospo­darczy, określany zwykle jako strefa nadbałtycka.

Odrębność ta, w porównaniu z innymi częściami Europy, zary­sowuje się najwyraźniej właśnie w zakresie ówczesnych stosunków pieniężnych. Ukształtowały się tu one w głównym stopniu dzięki właściwemu tej strefie typowi handlu z dalszymi kraja­mi, a pozostawiły widomy ślad przede wszystkim w postaci znale­zisk skarbów srebrnych, liczniejszych i odmiennych w swym składzie niż współczesne im skarby z innych obszarów. Cechą wyróżniającą zabytki nadbałtyckie jest ich pochodze­nie, prawie z reguły obce w stosunku do ziem, na których wystę­pują, oraz ich postać, nie ograniczona, jak gdzie indziej, do wzglę­dnie jednolitych monet. Zazwyczaj bowiem spotyka się tu w tym samym zespole różnorodne monety, ozdoby i srebro lane, często­kroć pocięte na mniejsze i większe fragmenty, trudne, przynaj­mniej z pozoru, do ujęcia w jakiś jeden system. Ten rodzaj za­bytków przyjęto określać w skrócie nazwą „siekańców”, a stąd i dla owych obszarów nadbałtyckich, na których tak licznie wy­stępują, utarło się określenie strefy srebra siekanego czy wprost „siekańcowej”. Ale oczywiście nie jest to tu jedyna forma pienią­dza wczesnośredniowiecznego. Trudno jest podać dokładną liczbę znalezisk tego rodzaju w ca­łej strefie nadbałtyckiej. Szacując ostrożnie, można przyjąć, że znamy ich dzisiaj na pewno ponad 2500. Największe ich skupie­nie, bo ponad 500 skarbów, nie licząc kilkuset znalezisk przed­miotów pojedynczych, znajduje się na niedużej wyspie Gotlandii, leżącej w samym środku owej strefy. Dalej występują one dość równomiernie od Półwyspu Jutlandzkiego i wysp duńskich, po­przez Szwecję włącznie z Laponią, Wyspy Alandzkie i Finlandię do krajów wschodniobałtyckich i Rusi północnej, gdzie sięgają daleko w głąb lądu, pojawiając się aż w dorzeczu Dniepru i gór­nej Wołgi.

Od południa obszar strefy „siekańcowej” stanowią wybrzeża pruskie i wreszcie ziemie polskie oraz połabskie. Tu na mapie tych znalezisk widzimy duży klin, podobny do trójkąta. Jego pod­stawę tworzy południowy brzeg Bałtyku, a wierzchołek sięga gór sudeckich gdzieś w pobliżu źródeł Nysy Kłodzkiej, Zachodni bok tego trójkąta ciągnie się w przybliżeniu wzdłuż Łaby, wschodni zaś przecina ukośnie ziemie polskie, dzieląc je na dwie części: północnozachodnią, bogatą w podobne zabytki, i południowowschodnią, prawie całkiem ich pozbawioną. Ta linia, którą nazwijmy w skrócie „granicą srebrną”, szczegolnie dla nas ważna jako zjawisko historyczne, daje się wykre­ślić wcale dokładnie i wyraźnie od owych źródeł Nysy, pomiędzy Górnym a Dolnym Śląskiem i dalej przez okolice Częstochowy i wzdłuż Pilicy aż do Wisły, potem zaś w przybliżeniu wzdłuż biegu Narwi do granicy pruskiej. Nie jest to więc linia odpowia­dająca jakimś zasadniczym podziałom politycznym Polski wcze­snośredniowiecznej. Przecina ona przez środek takie dzielnice jak Śląsk oraz Mazowsze i chociaż pokrywa się częściowo z granicami dawnego osadnictwa, to jednak nie daje się zestawić ściśle z ja­kimś okresem rozwoju terytorialnego naszego państwa. Widocznie tedy czynniki organizacji politycznej nie miały istotnego wpływu na rozprzestrzenianie się kruszcu srebrnego. Między Polską pół­nocną i południową nie było też tak wyraźnych różnic w rozwoju stosunków społecznych, by usprawiedliwiały taki podział. Z dru­giej zaś strony podobny układ i zagęszczenie tych skarbów za­równo w Wielkopolsce, jak na Pomorzu, Połabiu, Rusi czy w Fin­landii, a więc na terenach nie tylko odrębnych politycznie, ale również znajdujących się na niejednakowym stopniu rozwoju spo­łecznego, świadczy wyraźnie, iż kształtowanie się podobnych ze­społów pieniądza zależne było w znacznym stopniu od wspólnych wszystkim wspomnianym krajom czynników zewnętrznych.

Skła­dał się na nie przede wszystkim wielki handel organizowany przez kupców z obcych krajów, przywożących tu na wymianę olbrzymie ilości srebra. Jest rzeczą szczególnie znamienną, że obszar obfitości znalezisk srebrnych obejmuje ziemie, na których nie istniała eksploatacja miejscowych złóż tego kruszcu. Całe odnajdywane tam srebro, nawet jeśli nosi postać rodzimych monet czy ozdób wykonanych w miejscowych warsztatach złotniczych, jest w zasadzie pocho­dzenia obcego. Zostało tu kiedyś dowiezione z zewnątrz i co naj­wyżej uległo potem przetworzeniu. Ta sytuacja stanowi jeden z kluczowych faktów, które należy brać pod uwagę oceniając hi­storyczną i ekonomiczną wymowę tych zabytków. Wrócimy zre­sztą do niej w następnych rozdziałach. Na razie zatrzymajmy się przy mapie ukazującej rozmieszcze­nie omawianych znalezisk na ziemiach polskich. Widzimy na niej około 600 punktów, oznaczających skarby i pojedyncze monety z wczesnego średniowiecza. Piszemy „około”, gdyż pomimo pilnie prowadzonych ostatnio prac inwentaryzacyjnych, mających na celu dokładne zestawienie i rozpoznanie całego tego materiału, nieraz rodzą się trudne do przezwyciężenia wątpliwości, wynika­jące z niekompletnych czy nawet błędnych informacji. Zdarza się, że jedno i to samo znalezisko jest notowane w literaturze naukowej pod nazwami kilku różnych miejscowości. Bywa też, że dwa sąsiednie skarby wspominane są jako jeden tylko zespół.

A ileż pomniejszych omyłek lub nieścisłości trafia się w poszczegól­nych wypadkach! Często przecież jedynym źródłem wiadomości o dokonanym odkryciu jest jakaś nieudolna notatka prasowa, nie­kiedy czyjeś wspomnienie, zatarte przez czas albo zabarwione fantazją. Wiadomości takie muszą być oczywiście w miarę moż­ności sprawdzane i poddawane jak najsurowszej krytyce, zanim trafią do odpowiedniego inwentarza znalezisk i zanim zostaną uwzględnione na mapie. Stąd liczby, które tu podajemy, z ko­nieczności są tylko przybliżone. Ale nie ich bezwzględna wartość ma największe znaczenie. Wiemy przecież, że przy najskrupulatniejszym nawet zestawieniu nasz inwentarz wykaże i tak tylko pewną część, i to bliżej nie określoną, rzeczywistej liczby skarbów zakopanych w Polsce we wczesnym średniowieczu. Nigdy się nie dowiemy, ile ich odna­leziono w stuleciach dawniejszych i ile jeszcze dotąd spoczywa spokojnie w ziemi. Za sto lat w wyniku dalszych odkryć nasz inwentarz i mapa będą może dwukrotnie bogatsze i pozwolą za­pewne na wysnucie różnych nowych wniosków. Czy jednak zmie­ni się tym samym zasadniczy obraz tego materiału? Wydaje nam się, że nie.

Możemy bowiem przypuszczać na zasadzie rachunku prawdopodobieństwa, że liczba znanych dziś znalezisk jest w przy­bliżeniu proporcjonalna do ogólnej liczby zabytków tego rodzaju znajdujących się na poszczególnych obszarach lub pochodzących z poszczególnych okresów. Nowo odkrywane znaleziska potwier­dzają to przypuszczenie. Pojawiają się bowiem najczęściej tam, gdzie było już wiele poprzednich, a tylko wyjątkowo tam, gdzie i dotąd należały do rzadkości. Oczywiście stopień przebadania archeologicznego różnych części Polski nie jest zupełnie jednakowy, nie wszędzie też społeczeń­stwo jest w równym stopniu świadome wartości naukowej podob­nych znalezisk, od czego zależy przecież w znacznej mierze zachowanie i możność opracowania odkrytego zabytku; czynniki te także trzeba brać pod uwagą, chociaż stopniowo grają one coraz mniejszą rolę. W każdym bądź razie liczby nasze mają przede wszystkim zna­czenie względne. Wyrażają więcej jako wzajemnie porównywalne odsetki, uszeregowane w tabelach statystycznych lub zamienione w wykresy, niż jako efektowne niekiedy, ale mniej miarodajne bezpośrednie wskaźniki ilości.

Jeśli więc ogółem naliczyliśmy dziś w Polsce ok. 600 znalezisk monet wczesnośredniowiecznych, to liczba ta nabierze właściwej wymowy dopiero wtedy, gdy ją porównamy z odpowiednimi liczbami dotyczącymi innych kra­jów lub gdy ją rozłożymy na stosowne części składowe. Najbardziej uderzający będzie tu fakt, że na północ i zachód od „granicy srebrnej” przypada aż ok. 540 pozycji, czyli ok. 90%, na część zaś południowowschodnią naszego kraju tylko ok. 60 znalezisk, a więc zaledwie ok. 10°/o. Stosunek ten, wynoszący mniej więcej 9 : 1, nie jest jednak całkiem miarodajny, ponieważ owa północnozachodnia część Polski jest nieco większa od części południowowschodniej. Jeśli różnice te uwzględnimy w oblicze­niu, okaże się, że liczba znalezisk przypadających na jednakową miarę powierzchni jest w pierwszym wypadku w przybliżeniu sześciokrotnie większa niż w drugim, a jeśli policzymy nie tylko znaleziska, ale i zawarte w nich egzemplarze monet, wówczas sto­sunek ten wyniesie ok. 15 : 1 na korzyść części północnej. Te licz­by względne ukazują najlepiej istotę zachodzącej różnicy. Inaczej też wygląda w obu wypadkach chronologia znalezisk i trochę inaczej ich skład. Na północy skarby srebrne są stosun­kowo wcześniejsze i dość różnorodne, na południu zaś, prócz kilku wyjątków, pochodzą dopiero z drugiej połowy XI w., zawierają znacznie mniej ozdób i srebra lanego, a za to względnie dużo mo­net produkcji miejscowej, bardzo rzadkich po stronie północnej. Sam układ tych znalezisk na mapie także kształtuje się nieco odmiennie.

Na północy cały kraj jest nimi usiany równomiernie; pustkami świecą jedynie obszary wielkich puszcz, pozbawionych wówczas osadnictwa, jak np. połacie lasów nad dolną Notecią lub Borów Tucholskich. Nieco znaczniejsze ich skupiska widoczne są tylko wokół ważniejszych grodów lub portów, stanowiących centra ówczesnego życia gospodarczego, jak w okolicach Poznania i Gniezna, Wolina, Gdańska czy Płocka. Na południu nato­miast zgrupowania takie są bardziej wyraźne: znaleziska układają się tu przede wszystkim w paśmie od Krakowa wzdłuż północne­go brzegu Wisły w kierunku Sandomierza; druga, niewielka ich grupa widnieje jeszcze w okolicach Lublina. W tych wypadkach wyznaczają one, być może, położenie głównych dróg handlowych, którymi rozchodziły się owe monety. Ale w odniesieniu do pół­nocy takie wytłumaczenie omawianej przez nas mapy byłoby raczej trudne. Związek znalezisk monet z drogami handlowymi jest podkre­ślany szczególnie często. Zajmowało się nim wielu badaczy, a i niejeden przypadkowy znalazca, wydobywając monetę czy skarb z ziemi, wnosił pochopnie, iż przez to właśnie miejsce biegł niegdyś jakiś ważny trakt, wiodący z dalekich krajów. Istotnie, każda moneta, szczególnie obca, musiała dotrzeć wzdłuż jakiejś drogi do miejsca, w którym dostała się do ziemi. Toteż znając roz­rzut podobnych znalezisk można by się spodziewać, że uda się odtworzyć tak ciekawą dla badaczy naszych dziejów mapę dróg ve wczesnym średniowieczu. Starając się wykreślić taki atlas należy jednak być szczegól­nie ostrożnym. Dobrze, gdy znaleziska układają się wyraźnym pasem, jedne za drugimi, jak np. wspomniany zespół małopolski; iv takim wypadku ich związek z dawnym szlakiem komunikacyj­nym wydaje się nader prawdopodobny.

Jednakże już w części północnozachodniej, gdzie na mapie widnieje ponad 500 punk­tów rozsianych dość równomiernie, łączność ta się zaciera; gdy­byśmy bowiem spróbowali połączyć owe punkty liniami, mogli­byśmy wykreślić sobie niemal każdy, dowolnie pomyślany szlak drożny i „uzasadnić” jego istnienie. Widocznie więc związek ten nie jest tak bezpośredni, widocznie monety zbaczały często z utar­tych szlaków i docierały małymi dróżkami do różnych odległych osad. Stąd zaś płynie prosty już wniosek, że podróż tę odbywały nie tylko w sakwach kupców, ciągnących ważniejszymi drogami, ale i w sakiewkach ludności miejscowej, wędrującej na pobliskie targi czy do sąsiadów, w codziennych sprawach. Dlatego nie każde znalezisko monet, nie każdy skarb potwierdza wprost bytność jakiegoś obcego kupca w naszym kraju. Nawet i w tych wypadkach, gdy znaleziska układają się w wyraźniejszy szereg i pozwalają mniemać o istnieniu odpowiedniego szlaku, trzeba pamiętać, że nie jest to jeszcze oczywisty dowód podróży handlowej. Bo i po cóż kupiec, przybywający z daleka z pękatą sakwą srebrnych monet, które wziął w celu korzystnej wymiany na ten lub inny towar, miałby je zakopywać po drodze? Nawet jeśliby trafił w okolicę niepokojoną przez wojnę czy jakichś rabusiów, to alboby się co prędzej cofnął z powrotem, albo, gdy już popadł w opresję, ratowałby się inaczej. Jeżeli się szczęśliwie obronił lub uszedł, to przede wszystkim unosił swe sakwy; jeżeli go zabito lub ograbiono, to napastnicy zabierali właśnie jego srebro; ani kupiec zaś, ani łupieżca nie miał powodu, by je zakopywać w ziemi. Chyba że napadnięty, umykając pogo­ni, rzucił gdzieś ciężką sakwę, a ścigający nie dojrzeli jej i srebro pozostało w tym samym miejscu do dzisiaj.

Istotnie, w taki wła­śnie sposób próbuje się objaśniać niektóre skarby odkryte w ba­gnach czy torfowiskach, nie mające żadnego zabezpieczenia, jak gdyby przypadkiem tam rzucone. Ale są to jedynie wyjątki. Na przykładowo pokazanym typowym skarbie, który opisaliśmy wy­żej, znać ślady troski o staranne ukrycie go i zabezpieczenie. Stwierdziliśmy już wtedy, że jego właścicielem musiał być któ­ryś z okolicznych mieszkańców. Teraz wróćmy raz jeszcze do tego samego przykładu, by wyjaśnić rolę ówczesnych dróg w rozprze­strzenianiu się pieniądza srebrnego. Załóżmy, że skarb nasz należy do grupy znalezisk układają­cych się w wyraźny szereg wzdłuż jakiegoś ważnego szlaku, łączą­cego np. Wjelkopolskę z Rusią Kijowską. Gdyby w naczyniu zawierającym skarb były monety jednego tylko rodzaju, np. wy­łącznie arabskie lub wyłącznie niemieckie, w dodatku nie uszko­dzone, nie połamane i nie podziurawione, wówczas można by mniemać istotnie, że mamy tu do czynienia z zespołem pienięż­nym przejętym wprost od obcego kupca w zamian za sprzedane mu odpowiedniej wartości towary albo nawet zrabowanym i wnet potem ukrytym w ziemi.

Byłby to więc tzw. depozyt pierwotny, uformowany jako całość jeszcze poza granicami naszego kraju i przed zakopaniem nie uczestniczący w obrocie na rynku pol­skim. Wówczas miejsce jego odnalezienia miałoby niewątpliwie stosunkowo ścisły związek ze szlakiem drożnym, wzdłuż którego zespół ten przybył na nasze ziemie. Znaleziska takie są jednak bardzo rzadkie we wczesnym śred­niowieczu i pochodzą głównie z najdawniejszych faz tego okresu, gdy lokalna wymiana pieniężna jeszcze niemal że nie istniała. Na­tomiast najczęściej spotykanym rodzajem są skarby właśnie takie, jak opisany powyżej, złożone z obcych monet różnego pochodze­nia i ze składników miejscowych. W naszym, przykładowym wy­padku miały tam być monety arabskie, angielskie, duńskie, czes­kie i niemieckie, nie licząc kilku rodzimych monet i ozdób oraz ułamków srebra lanego. Wynika stąd jasno, iż właściciel tego ze­społu nie mógł go otrzymać w całości od jakiegoś kupca przyby­wającego wprost z obcych krajów, bo przecież Arab nie płaciłby mu za towar monetą niemiecką, a kupiec czeski duńską lub an­gielską. Właściciel ów musiał więc swój skarb albo zgromadzić stopniowo, albo też otrzymać od kogoś, kto go zgromadził uprze­dnio. Monety z czterech stron świata spotkały się przy danej drodze nie dlatego, że wszystkie razem nią wędrowały.

Przybyły one tu na pewno osobno, różnymi szlakami i nie w tym samym czasie, później krążyły po kraju, mieszały się i utworzyły w końcu w rękach ostatniego ich właściciela zespół tzw. wtórny, ukryty przy drodze nie dlatego, że ona go tu przyniosła, lecz raczej dla­tego, iż go ponownie ściągnęła ku sobie. Szlaki bowiem były wte­dy nie tylko rozsadnikami monet i innych form pieniądza, skąd przenikał on dalej w głąb kraju, ale i czynnikiem ponownie je skupiającym, jak linie pola magnetycznego, wzdłuż których układają się opiłki żelaza. Przy drogach ówczesnych znajdowały się większe osady i targi, na skrzyżowaniach dróg lub u przepraw budowano karczmy. W tych punktach stosunkowo najżywiej biło tętno wszelkiej wymiany, nie tylko zagranicznej, ale również lokalnej.

Nie można bowiem zapominać, o czym obszerniej opo­wiemy dalej, że mimo świadectw ujawniających w okresie wczesnego średniowiecza istnienie i rozwój wytwórczości towa­rowej oraz wymiany pieniężnej zjawiska te były dopiero w zarod­ku, stanowiły jedynie niewielki wycinek życia gospodarczego, z wolna poszerzający się w warunkach przeważających wciąż jeszcze form gospodarki naturalnej i bezpośredniej wymiany dóbr najbardziej niezbędnych. Szlaki handlowe łączące ziemie polskie z krajami wyżej pod tym względem stojącymi spełniały rolę kanałów, przez które owe bardziej zaawansowane w rozwoju formy życia gospodarczego przedostawały się na nasze ziemie. Organizm gospodarczy społeczeństwa polskiego był jednak zasadni­czym czynnikiem kształtującym ów rozwój, w którym obce wzo­ry i obce srebro pełniły tylko rolę zaczynu, przyspieszającego ferment, jaki niosły narastające stopniowo stosunki wczesnofeudalne.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.