Mennice i mincerze

Utarło się mniemanie, że miejscem produkcji monety jest zawsze mennica. Pod wyrazem tym rozumiemy na ogół wyspecjalizowa­ny zakład, wyposażony w odpowiednie urządzenia i zatrudniający kwalifikowanych pracowników. Z zakładami takimi spotykamy się istotnie już bardzo wcześnie; w Polsce możemy o nich mówić od czasów Bolesława Śmiałego, gdy produkcja denarów stała się na tyle masowa, iż niezbędnie wymagała odpowiednich form orga­nizacyjnych i technicznych. Natomiast w okresie wcześniejszym, za Mieszka i Chrobrego, pojęcie „mennicy” jest jeszcze poniekąd umowne. Bardziej właściwe będzie tu chyba określenie „warsztat menniczy”, gdyż przy znikomej pod względem ilościowym pro­dukcji monet wykonanie ich mogło być dziełem nieledwie paru osób, a cała ówczesna „mennica” zapewne bez większego trudu dawała się załadować do worka i przewieźć w inne miejsce.

Bo przecież jedna, a najwyżej kilka par tłoków, używanych równo­cześnie, młot, kowadło i jeszcze kilka drobniejszych narzędzi oraz sakiewka z paru kilogramami srebra, przeznaczonego na prze­kucie, stanowiły w zasadzie cały inwentarz takiego pierwotnego warsztatu. Jeśli produkcję denarów Mieszka I obliczamy co najwyżej na ok. 15 tysięcy egzemplarzy, to łącznie ważyły one ok. 22 kg sre­bra, a przecież chyba nie wybito ich jednocześnie. Podobnie za Chrobrego, szacując bardzo optymistycznie ogólną produkcję na ok. 80 tysięcy denarów, a więc ok. 100—120 kg srebra, należy się liczyć z tym, żę przekuwano je w ciągu co najmniej 20 lat, przez ten zaś czas nawet najbardziej powolny i leniwy mincerz musiałby wykonywać więcej niż ok. 12 monet dziennie, jak wy­nika z zestawionych tu danych. Toteż w pełni trafne wydaje się mniemanie, że w okresie tym w ogóle nie można mówić o stałej działalności menniczej, lecz tylko o wykonywaniu od czasu do czasu, zależnie od potrzeby, pewnej liczby monet. Podobnie też nie ma potrzeby ścisłego lokalizowania tych war­sztatów, czynnych jedynie dorywczo. Jak już mówiliśmy, na naj­dawniejszych monetach polskich nie wybijano nazw miejscowo­ści, oznaczających zazwyczaj siedzibę danej mennicy.

Znany nam wyjątek, napis GNEZDVN CIVITAS, posiada prawdopodobnie inne znaczenie. Może tylko denary Chrobrego z imieniem patrona katedry wrocławskiej, Św. Jana, istotnie należy przypisać war­sztatowi znajdującemu się we Wrocławiu. Ale poza tym wypad­kiem kwestia miejsca produkcji jest w zasadzie nieuchwytna i poniekąd bezprzedmiotowa. Działalność menniczą w skromnej skali można było prowadzić wszędzie, gdzie zachodziła potrzeba, a domyślamy się, że odbywało się to przede wszystkim na samym dworze książęcym czy w jego najbliższym sąsiedztwie, bo prze­cież książę był właścicielem i pierwszym użytkownikiem wytwo­rów menniczych. Ale jak wiemy, dwór ówczesny znajdował się w ciągłym ruchu, władca wędrował z jednego krańca kraju na drugi. Główną jego siedzibą pozostawał przecież, jak się zdaje, Poznań, tam też mieściła się pierwsza stolica biskupa, w którym upatrywać należy autora wzorów stempli; może więc właśnie w Poznaniu powstała przynajmniej część naszych najdawniej­szych denarów. Za Bolesława Śmiałego sytuacja uległa zasadniczej zmianie.

Kilka milionów jego denarów, a więc kilka ton przebitego na mo­netę srebra, około tysiąca lub więcej wykonanych i użytych tło­ków, ślady zwartej organizacji produkcji, zatrudniającej już co najmniej kilkadziesiąt osób — wszystko to jednoznacznie świad­czy o działalności mennicy w całym tego słowa znaczeniu, men­nicy, której nie można już było przerzucać z miejsca na miejsce i która musiała mieć swą stałą, określoną siedzibę. Denary Bolesława Śmiałego nie przynoszą jednak nazwy tej mennicy, z wyjątkiem nielicznych monet mających wypisane imię św. Jana i stąd uważanych za wyrób wrocławski. Właściwa nazwa miejscowa pojawiła się dopiero na denarach Władysława Heimana w postaci CRACOV, nie budzącej najmniejszych wąt­pliwości. Wszystko wskazuje, że również oba zasadnicze typy monet Bolesława Śmiałego, książęcy i królewski, pochodzą z Krakowa, brak zaś stosownego napisu można wyjaśnić w ten sposób, że w okresie gdy dwór książęcy rezydował zasadniczo w Krako­wie, co dla czasów Śmiałego poświadczają źródła kronikarskie, w ogóle nie musiano akcentować tej nazwy.

Jak za Mieszka i Bolesława Chrobrego, tak i za Bolesława Śmiałego mennica była wciąż jeszcze dworska, samo imię książęce dostatecznie ją charakteryzowało, i dopiero gdy Władysław Herman przeniósł się wraz ze swym dworem do Płocka, a mennica, niełatwa już do przemieszczenia, pozostała nadal w Krakowie, poczęto na jej emi­sjach kłaść ów napis, charakteryzujący miejsce powstania mo­net. Czy, rozumując tak dalej, można stąd wnosić, iż nieliczne odmiany monet Władysława pozbawione napisu CRACOV po­wstały w Krakowie jeszcze przed przeniesieniem siedziby książę­cej lub też że wybito je może w Płocku? W każdym razie na późniejszych monetach, Bolesława Krzywo­ustego, Władysława Wygnańca i Bolesława Kędzierzawego, zno­wu nie odnajdujemy żadnych nazw miejscowych, a sądząc z róż­nych danych, możemy się domyślać, że bito je także w Krakowie. Dopiero za Mieszka Starego pojawiły się na monetach nazwy no­wych mennic, mianowicie Gniezna i Kalisza. W tym też czasie powstały mennice książąt śląskich we Wrocławiu i chyba w Ra­ciborzu, jakieś mennice na Kujawach, w miejscowościach bliżej nie określonych, oraz kilka mennic na Zachodnim Pomorzu: w Ko­łobrzegu, Szczecinie, Kamieniu, Przęcławiu, Dyminie, może też w Sławnie i jeszcze jakiejś, trudnej do odgadnięcia miejscowości. Pod koniec XII w. nastąpiła więc po raz pierwszy w Polsce wy­bitna decentralizacja produkcji menniczej, odpowiadająca decen­tralizacji politycznej państwa i powiększająca się jeszcze w na­stępnych dziesięcioleciach w miarę wzrostu rozdrobnienia feu­dalnego.

O technicznej stronie działalności naszych najstarszych mennic wnioskujemy jedynie z danych porównawczych i po części z ob­serwacji samych ich wytworów. Wedle tych wskazówek można odtworzyć w następujący sposób proces produkcji menniczej. Etap pierwszy, poniekąd przygotowawczy, polegał na wyta­pianiu srebra bądź bezpośrednio z rudy, bądź też z innych monet lub przedmiotów przeznaczonych na przekucie. Jeżeli srebro było zanieczyszczone, usuwano zbędne domieszki przez topienie go razem z ołowiem w naczyniu glinianym, silnie grafitowanym. Ołów przejmował zanieczyszczenia i wraz z nimi wsiąkał w po­piół, którym uprzednio wykładano ścianki i dno naczynia. Wpraw­dzie stosując ten sposób nie osiągano nigdy kruszcu zupełnie po­zbawionego domieszek, jak już nadmienialiśmy jednak, stop o zawartości ok. 950%o srebra uważano wówczas za całkowicie czysty. Taką też w przybliżeniu próbę wykazują monety Miesz­ka I i Chrobrego, wykonane zresztą zapewne ze stopu u zyskanego bezpośrednio z monet obcych, a stąd jedynie powtarzające wier­nie ich skład chemiczny. Natomiast za Bolesława Śmiałego po­częto już stosować celowe domieszki miedzi, dochodzące niekiedy nawet do przeszło 50%. Miedź dodawano do srebra po uprzednim jej rozdrobnieniu.

Płynny stop wylewano następnie do rowka, wykonanego, w ziemi, lub do form glinianych, w których zastygał w postaci niewielkich sztabek. Cały ten proces, wymagający specjalnych urządzeń, jak tygle, paleniska i miechy, prowadzony był w zasadzie poza właściwą mennicą, aczkolwiek niewątpliwie w ścisłym z nią powiązaniu i, gdy chodziło o ustalenie składu stopu, na pewno pod nadzorem odpowiedzialnego za ten skład mincerza. Drugi etap produkcji menniczej, odbywający się już we właści­wym warsztacie, polegał na rozklepywaniu owych sztabek młot­kiem aż do uzyskania blachy o przekroju odpowiadającym gru­bości monety. Nie zawsze blacha była idealnie wyrównana, stąd też poszczególne egzemplarze monet jednej emisji różnią się czę­stokroć grubością, a więc i wagą. Także wyrazistość odbicia stem­pla zależała w znacznym stopniu od dokładnego rozklepania blachy. Z blachy tej wykonywano następnie krążki wielkości monety. Początkowo wycinano je specjalnymi nożycami, albo od razu koliście, albo też najprzód w postaci kwadracików, które potem zaokrąglano i rozklepywano. Oczywiście i tu precyzja wykonania nie mogła być zbyt wielka.

Szczególnie denary Mieszka I i Bole­sława Chrobrego wykazują dość znaczne nieregularności, zarówno jeśli chodzi o ich wielkość, jak i kształt. Później wprowadzono ulepszenie w postaci przebijaka, czyli stalowego stempla z ostrymi krawędziami, który ustawiano na blasze; po jednym uderzeniu młota uzyskiwano gotowy krążek. W ten sposób zwiększyła się znacznie wydajność pracy, a równocześnie wzrósł stopień regu­larności krążków, które zresztą jeszcze wyrównywano młotkiem. Być może technikę wytwarzania krążków przy pomocy przebi­jaka zastosowano w Polsce już za Bolesława Śmiałego, którego milionowa produkcja monet wymagała usprawnionych sposobów działania. Z kolei wycięte już krążki czyszczono, albo chemicznie, przez podgrzewanie i „gotowanie” w roztworze soli i tzw. win­nego kamienia, albo też mechanicznie, przez obracanie ich w umie­szczonej na osi beczce, do której wsypywano mokry miał węglo­wy. Dzięki oczyszczeniu uzyskiwały one połysk, mający przeko­nywać odbiorców o znakomitej próbie srebra, z którego zostały wykonane. Jednocześnie przygotowywano tłoki.

Ta stosunkowo najtrud­niejsza i najbardziej precyzyjna czynność wymagała wysokich kwalifikacji od pracowników. Aby wybić denar, musiano mieć dwa tłoki: dolny, posiadający kształt ściętego stożka, umocowa­nego na drewnianej podstawie, a więc stanowiący rodzaj kowa­dełka, i górny, w kształcie ściętego stożka lub walca, w który uderzano młotem. Oba były wykonane z żelaza, wprawdzie har­towanego, ale z tzw. odpuszczeniem, zmniejszającym twardość żelaza w celu zabezpieczenia go przed pękaniem pod silnymi ude­rzeniami młota. Niemniej jednak po wybiciu kilku tysięcy monet tłoki się zużywały i musiano je wymieniać. Zniszczeniu szybciej ulegał tłok górny, narażony bezpośrednio na działanie młota, stąd zużywanie się pary tłoków nie było równomierne. Fakt ten ma swe odbicie w niejednakowej liczbie stempli jednej i drugiej strony monet; na tej podstawie można też określić, który ze stem­pli znajdował się na tłoku dolnym, a który na górnym. Niekiedy da się też śledzić na szeregu monet postępujące niszczenie się tłoka, np. przedłużający się coraz bardziej ślad jego pęknięcia. Czasami można zauważyć także ślady przeprowadzanej naprawy. Wykonanie właściwego stempla na nie zahartowanej jeszcze powierzchni tłoka było zajęciem stosunkowo najbardziej praco­chłonnym. Powierzchnię tę najprzód starannie wygładzano pilni­kiem; ślady takiego zabiegu utrwaliły się na wielu monetach w postaci odbicia drobnych, równoległych kresek pozostawionych na tłoku przez pilnik.

Następnie zaczynano nanosić rysunek i na­pis według wzoru przygotowanego zapewne na pergaminie, a niekiedy na innym materiale. Jak już mówiliśmy, przynajmniej w początkowym okresie mennictwa feudalnego wzory takie były bez wątpienia dziełem duchownych, w dodatku chyba czołowych przedstawicieli kleru, którzy w ten sposób kształtowali właściwą treść stempla. W toku dalszej produkcji, gdy na miejsce zużytego tłoka robiono nowy, ale bez zasadniczej zmiany treści stempla, posługiwano się niekoniecznie pierwotnym wzorcem; czasem ko­piowano wybitą uprzednio monetę lub dawny tłok, a nieraz nawet nanoszono odpowiedni rysunek i napis tylko z pamięci. W rezul­tacie powstawały coraz to inne zniekształcenia, błędy lub opusz­czenia. Dlatego też monety bite najpoprawniejszym stemplem uważa się za najwcześniejsze, oczywiście w ramach danego typu, a stosownie do postępujących zniekształceń szereguje się chro­nologicznie emisje następne.

Jedną z większych trudności, szczególnie dla mniej wprawnych rytowników, stanowiła konieczność umieszczania na tłoku nega­tywu stempla, tak, aby potem na monecie odbił się pozytyw. Stąd do stosunkowo częstych należą pomyłki, widoczne zwłaszcza w napisach, polegające na wstecznym układzie poszczególnych liter, czy nawet całych wyrazów. Jeden z takich wypadków obser­wowaliśmy już na przykładzie napisu z denarów Mieszka I, po­czątkowo poprawnego, a na następnym tłoku zniekształconego i umieszczonego w porządku odwrotnym. Przykładów takich mo­żna podać bardzo wiele, czerpiąc je zarówno z monet polskich, jak i ze współczesnych denarów prawie wszystkich krajów euro­pejskich. Napisy i wyobrażenia wprowadzano na stempel przy pomocy kilku różnych sposobów. Albo żłobiono je rylcem, albo też wybi­jano małymi lub większymi puncami, oddającymi od razu w ca­łości pewne powtarzalne elementy, jak krzyżyki, kółka, poszcze­gólne litery lub ich części. W najdawniejszym mennictwie polskim stosowano wszystkie te sposoby, przeważała jednak technika rycia i wybijania małą puncą, nie tworzącą jeszcze samodzielnych elementów rysunku.

Wyniki tych zabiegów były bardzo różne, zależały od umiejętności i wprawy rytowników. Obok prymityw­nych, nieporadnie złożonych wyobrażeń i napisów uzyskiwano stopniowo coraz piękniejsze wytwory, osiągające w XII stuleciu niekiedy rangę małych arcydzieł plastyki romańskiej. Po wykonaniu stempli i zahartowaniu tłoków przystępowano do właściwego bicia monet z przygotowanych uprzednio krążków. Ponieważ tłok dolny był unieruchomiony na podstawie, górny zaś trzymał mmcerz swobodnie w lewej ręce i walił weń młotem dzierżonym w prawicy, przeto wzajemny stosunek obu wyobrażeń wypadał rozmaicie. Nawet bowiem przy pewnym staraniu o za­chowanie jednakowego ich układu następowały drobne przesunię­cia. Nie znano u nas w tym okresie tłoków sprzężonych, używa­nych już w mennictwie starożytnym, a zapewniających stały układ obu stempli. Niekiedy tłok górny ześlizgiwał się nieco lub przekrzywiał w ręku, albo pomocnik mincerza, wkładający krążek między tłoki, nie umieścił go dokładnie pośrodku, w rezultacie czego spod młota wypadały wielokroć monety niedobite lub ze stemplem odciśniętym tylko częściowo. Mamy też, co prawda dość rzadkie, przykłady dwukrotnego bicia jednej monety, gdy mincerz, wi­dząc, iż uderzył za słabo, usiłował poprawić swe dzieło, ale nie trafił dokładnie w to samo miejsce.

Zdarzało się wreszcie i tak, że denary opatrywano tylko jednym stemplem. Działo się to na skutek nieprzypadkowego chyba umieszczania pomiędzy tłokami od razu dwóch krążków, z których jeden po uderzeniu otrzymy­wał odbicie stempla górnego, a drugi dolnego. Zapewne czyniono tak w celu przyspieszenia produkcji i podwojenia wydajności pary tłoków. Sposób ten stosowano widocznie w okresach szcze­gólnego zapotrzebowania na monetę, bez oglądania się na staran­ność jej wykonania. Wypadki takie znamy już z przykładu saskich „krzyżówek” ze schyłku X w., a wśród monet polskich z przy­kładu denarów „królewskich” Bolesława Chrobrego. Stosowanie jednego tylko stempla, ale już na innych zasadach, upowszechniło się w XII w.; stanowiło pewnego rodzaju przewrót w technice menniczej.

Wtedy to, od ok. 1130 r., najpierw w Niem­czech, potem też w Polsce, Czechach, Danii i innych krajach Euro­py środkowej, miejsce dwustronnych denarów zaczęły zajmować znane nam już z kilku przykładów brakteaty, bite z cienkiej jak papier blaszki srebrnej. Sposób ich wykonywania nie jest do­kładnie rozpoznany; prawdopodobnie bito je na stosunkowo mięk­kiej podkładce, wskutek czego stempel wytłaczany po stronie głównej odciskał się też po stronie odwrotnej w postaci wklęsłego, oczywiście mniej już dokładnego, negatywu. Jak widzieliśmy na przykładzie brakteatów polskich z czasów Bolesława Krzywo­ustego, początkowo duża ich powierzchnia umożliwiała umiesz­czenie na stemplu stosunkowo bardzo bogatych wyobrażeń. Nie­które z tych wczesnych brakteatów, niemieckie, a także bite przez słowiańskich książąt połabskich, ujawniają wielką precyzję wykonania i stanowią dzieła artystyczne bardzo dużej miary. Późniejsze, o znacznie już mniejszej średnicy, są uboższe pod względem treści i formy. W XIII w. ich stemple wyobrażają prze­ważnie tylko jakieś godło otoczone obwódką, zazwyczaj bez żad­nych napisów. Prawdopodobnie bito je wtedy od razu po kilka sztuk za jednym uderzeniem tłoka, gdyż cienka i podatna blaszka umożliwiała takie uproszczenie zadania.

Złożone czynności produkcyjne w warsztacie menniczym wy­magały nie tylko odpowiednich kwalifikacji od wykonujących je pracowników, ale także, przy bardziej masowej produkcji, sto­sownych form organizacyjnych. O ile za Mieszka I i Bolesława Chrobrego takich wyspecjalizowanych pracowników było zapew­ne nie więcej niż kilku, o tyle już od czasów Śmiałego cały perso­nel mennicy krakowskiej liczył prawdopodobnie kilkadziesiąt osób, może ok. 60; oczywiście ludzie ci pełnili różne funkcje w zespole i zgrupowani byli w kilku równocześnie pracujących warsztatach. W tych warunkach stał się niezbędny pewien system kontroli, zabezpieczający przed łatwymi nadużyciami ze strony poszcze­gólnych osób lub warsztatów i umożliwiający określenie odpo­wiedzialności za jakość stopu, ciężar monety i sposób jej wy­konania. Celom kontroli służył cały system znaków menniczych, który­mi poszczególne warsztaty sygnowały swoje wyroby. Na dena­rach Bolesława Śmiałego, zarówno „książęcych”, jak i „królew­skich”, występują dwa rodzaje takich sygli. Jedne, nadrzędne, określające zapewne warsztat, mają postać krzyżyków, pojedyn­czych liter lub kresek. Drugie, wyraźnie podrzędne w stosunku do pierwszych, składają się z drobnych punktów o różnej liczbie i różnym układzie. Być może, oznaczają one kolejne emisje.

Nie jest jednak łatwo z sygli tych odtworzyć dziś dokładnie całościowego systemu, zwłaszcza że przecież nie wszystkie emisje repre­zentowane są w naszych kolekcjach muzealnych, a zapewne i przy wykonywaniu sygli rytownicy popełniali niekiedy pomyłki lub nieścisłości. Czytelność tego systemu kontroli zaciera też fakt zestawiania niejednakowo znaczonych stempli strony głównej i strony odwrotnej, świadczący, iż czasami tłoki wypożyczano z warsztatu do warsztatu albo też po prostu mylono je i mieszano w toku produkcji. W każdym razie, pomimo pewnych wątpliwo­ści, które znaki te ciągle jeszcze nasuwają, są one wyraźnym świadectwem wysokiej organizacji ówczesnych mennic, opartej na jakimś podziale zadań i odpowiedzialności. Dotyczy to zwłasz­cza okresu Bolesława Śmiałego, a następnie Władysława Wygnań­ca, gdyż monety bite pod stemplem Władysława Hermana i Bole­sława Krzywoustego ujawniają o wiele mniej konsekwentny spo­sób znakowania. Jest rzeczą szczególnie charakterystyczną, iż organizacja men­nicza zarysowała się w pełni już na samym początku mennietwa Bolesława Śmiałego i nie wykazywała jakiejś stopniowej ewolucji oraz przechodzenia od form prostszych ku bardziej rozbudowa­nym.

Nawet przeciwnie, za dwóch następnych władców ulega raczej degresji. Wskazuje to, jak już wzmiankowaliśmy, że podej­mując działalność menniczą Śmiały posłużył się od razu jakimś gotowym wzorem organizacyjnym i technicznym. Szereg podo­bieństw między jego monetami a saskimi denarami krzyżowymi, które wykazują zbliżony system znakowania, skłania do przy­puszczenia, że pierwszymi organizatorami mennietwa polskiego w drugiej połowie XI w. byli właśnie mincerze sascy, których sprowadzenie na dwór krakowski może nie pozostawało bez związ­ku z żywymi wtedy kontaktami politycznymi Śmiałego z księ­stwem saskim. Znamy wiele przykładów posługiwania się w produkcji menni­czej obcymi specjalistami. Za czasów Bolesława Chrobrego zali­czyć do nich można co najmniej wykonawcę tłoków z napisem cyrylickim, sprowadzonego chyba z Rusi, a zapewne i rytowników stempli typu PRINCES POLONIE, którzy mogli pochodzić z ziem czeskich. Obecności rytowników Czechów można się także domy­ślać w mennicy Bolesława Krzywoustego i Władysława Wygnań­ca. Ok. 1180 r. na Pomorzu Zachodnim działają, znani nam z imienia, mincerze niemieccy, w Wielkopolsce zaś żydowscy. W póź­niejszych wiekach spotykamy też specjalistów włoskich.

Oczy­wiście jednak większość wytwórców stempli była pochodzenia miejscowego; rekrutowali się oni początkowo zapewne z rzemieśl­niczej grupy złotników, których praca pod wielu względami była analogiczna do pracy mincerzy, wymagała podobnych kwalifika­cji i narzędzi. Bliski związek prac mincerskich i złotniczych znaj­duje potwierdzenie także w innych krajach prawie przez całe średniowiecze. Mincerze zajmowali się nie tylko wykonywaniem monet, ale również czynnościami administracyjnymi związanymi z cało­kształtem książęcej gospodarki pieniężnej. W miarę jej rozwoju, od czasów Bolesława Śmiałego, szczególnie jednak od połowy XII w. i w stuleciu następnym, rola mincerzy wzrastała bardzo znacznie, a ich funkcje wykraczały daleko poza właściwą men­nicę. W okresie tym mincerze byli urzędnikami mającymi rozle­głe uprawnienia, czuwającymi, by skarb władcy nie poniósł żad­nego uszczerbku, a ściślej mówiąc, by wpływały do niego wszelkie dochody bezpośrednio lub pośrednio związane z produkcją i obie­giem monety. Jako tacy, mincerze książęcy wędrowali po całym kraju, pojawiając się szczególnie na targach, dozorowali wymianę monety i wyłączność obiegu emisji bieżących, rozstrzygali spory wynikłe na tym tle i pełnili szersze jeszcze funkcje sędziów targo­wych; pobierali i odprowadzali do komór skarbowych władcy opłaty celne i różne świadczenia uiszczane przez ludność, zresztą nie tylko w postaci monetarnej.

W czasie pełnienia swych czynności mincerze korzystali z sze­rokich uprawnień, ludność musiała im dostarczać noclegu i wyży­wienia, przewozić ich z miejsca na miejsce. Byli to więc urzędni­cy uciążliwi, przeważnie niechętnie witani, jak zwykle przedsta­wiciele władz skarbowych, egzekwujący wszelkiego typu należ­ności na rzecz państwa. Toteż niekiedy stawali się oni przedmio­tem gwałtownych ataków, mniej lub bardziej uzasadnionych oskarżeń o zdzierstwa i bezlitosny wyzysk ludności. Stąd w XIII w. niektóre osoby i instytucje, szczególnie kościelne, zabiegały u książąt o przywileje, zakazujące mineerzom wstępu na podległe im terytoria. Nie dowodzi to bynajmniej, że urzędnicy ci popeł­niali nadużycia, choć oczywiście wypadki takie mogły niekiedy mieć miejsce, świadczy natomiast o funkcjonowaniu samego sy­stemu skarbowego, którego celem było zapewnienie władcy jak największego dochodu, osiąganego kosztem ludności. Przyjrzyjmy się więc, w jaki sposób działał ów aparat skarbowy i jakimi meto­dami dochód ten osiągał.

Produkcja mennicza nie przynosiła konkretnego zysku, jeśli nie było warunków do zapewnienia wybitym monetom wartości wymiennej wyższej niż ta, którą posiadał zawarty w niej kruszec szlachetny. Z tego względu, jak już mówiliśmy, denary Mieszka I i Bolesława Chrobrego, obiegające rynek w niewielkiej liczbie wśród masy różnopostaciowego srebra, nie mogły być źródłem dochodu obu książąt; przeciwnie, stanowiły dla nich nawet pe­wien ciężar, który decydowali się ponosić, pragnąc osiągnąć inne, pozaekonomiczne cele. Jednakże od czasów Bolesława Śmiałego sytuacja przedstawia się chyba odmiennie, nie sposób bowiem mniemać, że milionowa produkcja jego mennicy nie była dlań przedmiotem konkretnego zysku. Jak się zdaje, zysk ten osiągano głównie dzięki dwóm czynnikom. Z jednej strony w drugiej połowie XI w. zanikał już stopniowo zwyczaj posługiwania się srebrem różnopostaciowym, niemonetarnym, jako zbyt prymitywnym, niedogodnym środkiem wymia­ny handlowej.

Denar stawał się podstawową jednostką służącą tej wymianie i miernikiem wartości. Stąd też, szczególnie w Polsce południowej, już samo przekucie kruszcu na denary mogło przy­nosić pewien zysk ze względu na rozdzielenie się nie tylko zakresu użytkowania, ale zapewne i wartości względnej srebra różnopo­staciowego i srebra w postaci monetarnej. Prawdopodobnie jednak Śmiały nie miał jeszcze warunków do zapewnienia swym mone­tom przymusowej wyłączności w obiegu, a tym samym i wartości nominalnej o wiele wyższej niż rzeczywista. Z drugiej strony trudności wywołane obecnością obcych monet Śmiały usiłował pokonać przez znaczne obniżanie próby własnych monet, czyli przez bicie denarów o dużej zawartości miedzi, prze­kraczającej niekiedy, jak już wspominaliśmy, 50% składu stopu. Toteż moneta książęca, pod względem wagi w przybliżeniu równa współczesnym denarom obcym i stąd obiegająca jako nominalnie równa im wartością, w istocie zawierała znacznie mniejszą ilość kruszcu srebrnego, a powstała stąd różnica składała się na zysk menniczy Władcy.

Obniżanie próby monet stanowiło jednak sposób czerpania do­chodu z mennicy nie tylko prymitywny, ale i z konieczności obli­czony na krótką metę. Jest przecież oczywiste, że po nasyceniu rynku, gdy moneta taka zaczęła powracać do skarbca książęcego, ściągana w formie rozmaitych świadczeń, nie można już było osiągać dalszego zysku przez jeszcze znaczniejsze jej pogarszanie. Nawet bowiem przy bardzo prymitywnym i niedokładnym sprawdzaniu jakości kruszcowej monety przez jej użytkowników zbyt znaczne domieszki miedzi zostałyby zauważone, co dopro­wadziłoby oczywiście do odpowiedniego obniżenia wartości wzglę­dnej tych denarów. A zresztą w końcu moneta taka stałaby się pieniądzem całkowicie miedzianym, z którym już żadnych dalszych operacji tego rodzaju nie można by dokonywać. Nic więc dziwnego, że późniejsi władcy jedynie w ograniczo­nym stopniu stosowali praktykę obniżania próby własnych monet, podobnie zresztą jak i analogiczny zupełnie zabieg stopniowego zmniejszania ciężaru denarów. I tego bowiem procederu nie mo­żna było przeciągać w nieskończoność; granicę jego wyznaczał rząd wielkości jednostek denarowych danego okresu, obniżający się wprawdzie stale, lecz bardzo powoli, w sposób niedostrzegal­ny przez kilka, czy nawet kilkanaście lat.

Jeżeli więc bardziej radykalne obniżanie wagi monet, przynoszące władcom doraźne zyski, miało być stosowane wielokrotnie, to musiały je oddzielać etapy podnoszenia wagi do poziomu pierwotnego czy prawie rów­nego pierwotnemu, od którego potem ponownie rozpoczynano stopniową obniżkę. Istotnie, badając ciężary naszych monet, szcze­gólnie z XII stulecia, obserwujemy wyraźne ich wahania, dające wykres w kształcie linii zębatej. Z reguły najwyższą wagę posia­dają pierwsze emisje należące do określonego typu; dalsze jego odmiany są coraz lżejsze, a dopiero po wprowadzeniu nowego typu stempla waga podnosi się, by znów przy następnych odmia­nach zacząć spadać, i tak dalej. Jak jednak należy rozumieć to zjawisko? Jeśli obniżenie wagi monet dawało księciu zysk, to podnoszenie jej powinno by narażać go na straty. Czyżby więc dobry książę co jakiś czas rzeczywiście „poprawiał” monetę własnym kosztem, działając na rzecz użytkującej ją ludności? Domysł to nieprawdo­podobny, zwłaszcza że współobieg monet lżejszych i cięższych prowadziłby nieuchronnie do wychwytywania tych ostatnich przez ludność, przechowywania ich i przetapiania na kruszec, który potem można było z korzyścią spieniężyć. Jednym bowiem z podstawowych praw obiegu pieniądza, sformułowanym po raz pierwszy w 1526 r. przez Mikołaja Kopernika, a wkrótce (1560 r.) przez angielskiego ekonomistę Tomasza Greshama, jest to, iż mo­neta „gorsza”, o mniejszej wartości kruszcowej, wypiera z obiegu „lepszą”, o ile obie mają tę samą wartość nominalną.

A więc wy­siłki księcia byłyby pracą syzyfową, nie dającą mu żadnych prak­tycznych korzyści. Otóż istota wahań ciężaru monety polegała na czymś całkiem innym. Wiązały się one z funkcjonowaniem głównego wtedy instrumentu gospodarki menniczej, zwanego w źródłach łacińskich „renovatio monetae”, czyli ze wzmianko­waną już przez nas okresową wymianą monety. Zabieg ten polegał na wprowadzaniu co pewien czas, jako jedynie obowiązującej w kraju, monety najświeższego stempla, zwanej też monetą ^bieżącą”, przy równoczesnym zakazie posługiwania się monetami użytkowanymi dotychczas i wycofaniu ich z rynku. Ale wymiana taka nie zawsze polegała na zastępowaniu jednego denara starego przez jeden denar nowy. Działo się tak tylko wtedy, gdy denar nowy ważył mniej lub gdy był gorszej próby niż poprzedni. Gdy natomiast posiadał taką samą wartość, a zwła­szcza gdy miał wartość bezwzględnie większą, wymiana następo­wała w odpowiednim, zawsze korzystnym dla księcia przeliczeniu, a więc np. za 5 denarów starych dawano 3 nowe albo za 3 stare 2 nowe, w zależności od wzajemnego stosunku ich wartości. W każdym wypadku książę zyskiwał na takiej operacji, większość zaś ludności traciła, przeważnie 30—40fl/o wartości posiadanego pieniądza.

Proceder ten, uprawiany w wielu krajach europejskich już od XI w., w Polsce zaczęto stosować prawdopodobnie za cza­sów Bolesława Krzywoustego, początkowo jako zrbieg dość rzad­ki, przeprowadzany co jakieś dziesięć lat, potem oraz częściej, co kilka lat, co dwa, wreszcie co roku, a w początkach XIII w. nawet trzy razy rocznie. Jest rzeczą oczywistą, że im częściej dokonywano wymiany, tym większy zysk osiągał książę z działalności swojej mennicy Pracowała też ona głównie w okresach poprzedzających wymia­nę, przygotowując potrzebne zapasy nowych monet, a pracownicy jej po zakończeniu takiej „kampanii” rozjeżdżali się po kraju z worami pełnymi nowych pieniędzy i w określonych ściśle ter­minach przeprowadzali wymianę wśród ludności. Dokonywali jej przede wszystkim na targach, koncentrujących wówczas znaczną część wewnętrznego obrotu pieniężnego. Tam rozsiadał się mincerz i przez kilka targów, przeważnie przez trzy kolejne targi tygodniowe, wymieniał denary stare na nowe; po upływie tego cza­su użytkowanie monety wycofanej stawało się sprzeczne z pra­wem i podlegało surowym karom.

Oczywiście nie wszystkie stare monety udawało się tą drogą ściągnąć z obiegu. Znaleziono jednak skuteczny sposób pomocni­czy. Oto ów mincerz równocześnie sprzedawał na targu sól, a więc artykuł niezbędnie potrzebny każdemu. Eksploatacja zaso­bów soli należała do monopoli księcia, określanych wówczas łaciń­ską nazwą „ius regale” (prawo królewskie). Tą drogą mincerz ściągał większą część uprzedniej emisji. Po powrocie do mennicy, przed nowym terminem wymiany, przebijał ją na kolejną mone­tę, opatrzoną już innym, wyróżniającym się stemplem, by przy następnej „renovatio” ten sam kruszec ponownie rozdać ludności w zamian za monety poprzednie, ale oczywiście znowu w odpo­wiednio korzystnym dla księcia stosunku. Tymczasem, między jedną wymianą a drugą, mennica biła denary aktualnie obowią­zującego stempla, ale stopniowo coraz lżejsze lub o gorszej pró­bie srebra, by puszczając je w obieg, zdobyć jeszcze pewien zysk na realnej różnicy wartości w stosunku do pierwszej emisji da­nego typu. Cały ten system sprowadzał się więc do formy podatku pośred­niego nakładanego przez księcia na użytkowników monet. Było ich zaś coraz więcej; w drugiej połowie XII stulecia w zasadzie prawie całą ludność kraju obarczało to obciążenie. Oczywiście nie rozkładało się ono równomiernie na. wszystkie grupy społeczne, proporcjonalnie do posiadanego przez nie majątku. Stosunkowo najmniej ciężar ten odczuwała najzamożniejsza grupa feudalna; przechowywała ona w postaci monetarnej tylko bardzo nieznaczną część swych wielkich zasobów materialnych.

Niektóre osoby może nawet zarabiały na każdej wymianie, czy to dokonując zwykłych nadużyć, czy też uprawiając lichwiarskie spekulacje. Na ogół jednak tak dla ludności wsi, jak i w większej jeszcze mie­rze dla mieszkańców osad miejskich ,,renovatio monetae” stano­wiła coraz większe utrapienie. Toteż zupełnie zrozumiałe i uza­sadnione są skargi współczesnych na ten nieznośny wyzysk. W Czechach ów system wprowadzono wcześniej niż w Polsce. Już na początku XII w. kanonik praski, Kosmas, dał w swej kro­nice zwięzłą charakterystykę takiej działalności książąt: „Zaiste — pisał on — żadna klęska ani żadna zaraza, ani powszechny pomór, ani gdyby nieprzyjaciel kraj cały ogniem i mieczem spustoszył, tyle by ludowi bożemu nie przyniósł szkody, jak częsta wymiana i oszukańcze pogarszanie monety. Nie książęta to — konkluduje kronikarz — ale złodzieje, nie rządcy ludu bożego, ale nikczemni zdziercy, chciwi skąpcy bez miłosierdzia , którzy trzy i cztery razy do roku wymieniając monetę, popadają w diabelskie sidła na zgubę ludu bożego”.14 Gwałtowne słowa Kosmasa niewątpliwie zawierają pewną dozę przesady; jak wynika z innych danych, sama wzmianka o trzy, a zwłaszcza czterokrotnej wymianie w roku stanowi wyraźne prze­jaskrawienie, zasadnicza jednak ocena tej działalności książąt jest chyba trafna. Skądinąd przytoczony tu ustęp kroniki Kosmasa świadczy pośrednio, jak głęboko zakorzeniła się w społeczeństwie czeskim potrzeba użytkowania monetarnych środków pieniężnych, jak były one niezbędne w życiu codziennym, jeżeli pomimo tak znacznych obciążeń połączonych z posługiwaniem się monetami, społeczeństwo nie mogło się już bez nich obejść.

Zbliżony nieco, acz inaczej ujęty obraz naszkicował w niespełna sto lat później kronikarz polski, Mistrz Wincenty, zwany zazwy­czaj Kadłubkiem. Opisując czasy Mieszka Starego, przedstawił on scenę płacenia pewnej kary pieniężnej. „Ogląda skarbnik przy­niesione pieniądze, przypatrują im się inni urzędnicy i ze zgor­szeniem wołają: patrzcie no, skąd tak nagle dostaliśmy nowego oszusta? Na śmiech nas wystawia ten niecnota, który tymi ple­wami oszukać nas usiłuje. Na to rzekł obwiniony: czyż nie jestem skazany na karę w bieżącej monecie? Odpowiadają mu na to: tak jest, toteż wylicz pieniądze ze stemplem monarszym, nie plewę. A on na to: mincerzy to wina, nie moja. Po czym oni: ostrożnie z taką mową głupią, byś w wiąkszą przepaść nie wpadł, mincerzy nie wspominaj, abyś siebie samego nie oskarżył o sfałszowanie monety . Mieli zaś na podorędziu kilka monet z czystego srebra naumyślnie wybitych. Dowodzili więc, że. tylko taka mo­neta jest jedynie prawdziwa i w obiegu w obecnym czasie, i takiej też żądali, te zaś pieniądze, za które chce być uniewinnionym, wyszły z obiegu i dawno je już odrzucono . Cóż potem? Oto go oprawcom w ręce oddają, pętami krępują, do więzienia wtrą­cają, a cokolwiek miał czeladzi, majątek i włości, wszystko zabie­rają i rzucają W otchłań książęcego skarbu”. Zacytowany tu fragment kieruje swe ostrze nie tyle przeciw samemu systemowi wymiany, ile przeciw nadużyciom urzędni­ków skarbowych popełnianym przy tej sposobności. I ta relacja została zapewne przejaskrawiona przez niechętnego rządom Miesz­ka Starego kronikarza, bo nie jest typowa dla zasadniczego ukła­du stosunków.

Ukazuje ona jednak, jak korzystając z istniejącego systemu mógł książę nie tylko ciągnąć zysk z wymiany, ale i po­sługiwać się nią w niektórych wypadkach jako skutecznym narzę­dziem do egzekwowania innych roszczeń fiskalnych. Jest to okres, gdy państwowy aparat skarbowy okrzepł już na tyle, iż był zdol­ny do realnego zapewnienia bieżącej monecie książęcej wyłącz­ności i przymusowego obiegu na rynku oraz do ścigania wszelkich nadużyć w tej mierze. A w wypadku ujawnienia nadużyć stoso­wano szczególnie surowe sankcje. Już w przytoczonym wyżej ustępie kroniki Mistrza Wincentego pobrzmiewa włożona w usta urzędników książęcych poważna groźba postawienia podsądnemu zarzutu fałszowania monety. Wobec takiej groźby, jak wynika z dalszej części przytoczonego przed chwilą ustępu kroniki, oskar­żony załamuje się i zaczyna prosić o litość. „Ugrzązłem w głębo­kim błocie i nie mogę się wydobyć. Błagam was więc, cóż mi uczy­nić każecie?” 16 Zbrodnię fałszerstwa monet bowiem karano ucię­ciem ręki albo nawet śmiercią, przeważnie przez spalenie żywcem na stosie.

Mało więc kto odważał się na uprawianie takiego pro­cederu, a jeśli już się go imał, to często poza granicami kraju, i dopiero stamtąd nasyłał wytworzone nielegalnie monety. Już u schyłku XI w. trafiały się w Polsce fałszowane denary krzyżowe, wykonane z ołowiu lub z miedzi pokrytej cienką warstewką srebra. Dla zbadania, czy w środku denarów nie kryje się miedź, ludzie nacinali ich powierzchnię ostrym narzędziem, bądź nawet je nagryzali. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość wytwór­com tych fałszywych monet i stwierdzić, iż musieli być wysoko kwalifikowanymi specjalistami, wykonanie bowiem denara z mie­dzianym jądrem wymagało zabiegów technologicznych znacznie bardziej złożonych niż wybicie zwykłego denara srebrnego. Wi­docznie jednak, mimo tak znacznego nakładu pracy, była to jesz­cze czynność dostatecznie opłacalna. Bardziej prymitywne natomiast są fałszywe monety z okresu nieco późniejszego. O ich napływie, niekiedy w skali masowej, zwłaszcza w XIV i XV w., świadczą nie tylko przekazy pisane, ale też kilka znalezisk z tego czasu, ujawniających ich jakość i spo­sób produkcji. Na przykład na Słowacji odkryto niedawno skarb zawierający fałszywe, miedziane denarki polskie z XV w., a także półfabrykaty w postaci nie wybitych jeszcze blaszek i krążków.

Dużo bardziej przydatne do poznania dziejów techniki fałszowa­nia monet, tym razem czeskich, jest odkrycie dokonane koło miej­scowości Konieprusy w Czechach: w jaskini zwanej „Mincovna”, a więc „Mennica”, natrafiono na całą pracownię fałszerską z dru­giej połowy XV w. Chociaż obiekt ten pochodzi z okresu o kilka wieków późniejszego niż tu omawiany, znaleziony tam zespół na­rzędzi, półfabrykatów, odpadków i gotowych monet ukazuje jak na dłoni cały proces średniowiecznej produkcji menniczej, wpraw­dzie uproszczony ze względu na warunki „jaskiniowe”, ale w za­sadzie zupełnie zbieżny z procesem technologicznym stosowanym wcześniej w mennicach legalnych, tak czeskich, jak i polskich. Bliższe nam stulecia przyniosły także szereg fałszerstw mone­tarnych, ale już innego rodzaju. W związku z rozwojem, zasadni­czo już od czasów Renesansu, kolekcjonerstwa numizmatycznego, a w ślad za tym i handlu monetami zabytkowymi, które im rzad­sze, tym wyższą uzyskiwały cenę i tym bardziej były poszukiwane przez zbieraczy, w różnych krajach europejskich rozpoczęło się podrabianie takich zabytków.

Czasem falsyfikaty robiono niezbyt udolnie i łatwo dawały się rozpoznać, czasem jednak wykonywano je z wręcz znakomitą znajomością rzemiosła menniczego i mate­riału autentycznego. Odróżnienie takich falsyfikatów od monet oryginalnych jest niekiedy niezmiernie trudne, toteż wiele z nich przeniknęło, i to nieraz za znaczną cenę, nawet do najpoważniej­szych kolekcji muzealnych. Nie tylko podrabiano rzadkie rodzaje monet znanych, ale też wykonywano często stemple zgoła zmyślone, choć oczywiście zgodne z zasadniczym charakterem odpowiedniej epoki; tworzono więc nowe „zabytki”, a rewelacyjnej rzekomo treści. Najbardziej ożywioną działalność fałszerze tacy uprawiali szczególnie pod ko­niec XVIII i w początkach XIX stulecia. W Polsce najwybitniej­szym mistyfikatorem tego rodzaju był warszawski medalier na­zwiskiem Majnert, po którym obok wielu podrobionych monet zachował się też cały zespół używanych do ich wyrobu tłoków, przechowywanych potem pieczołowicie w zbiorach muzeum Czap­skich w Krakowie. Pomimo bowiem nowożytnego pochodzenia i fałszerskiego charakteru zarówno monet, jak i tłoków posiadają one dużą wartość dla badaczy zajmujących się technologią pro­dukcji menniczej. Stanowią w pewnym stopniu doświadczalny sprawdzian dla wniosków, wysnuwanych często z bardzo tylko pośrednich i niekompletnych danych; może więc działalność takich nowoczesnych fałszerzy zabytków nie zawsze zasługuje wyłącznie na potępienie.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.