Najdawniejsze polskie monety

W trudnych i nie sprzyjających warunkach powstały pierwsze monety polskie, denary, wybite na rozkaz księcia Mieszka I za­pewne w osiemdziesiątych latach X w. Warunki te staraliśmy się zobrazować w poprzednich rozdziałach; na ich tle widać wyraźnie, że trudności w zorganizowaniu od podstaw własnej produkcji menniczej polegały nie tyle na niedostatecznym jeszcze przy­gotowaniu społeczeństwa polskiego i jego gospodarki do przyswo­jenia sobie nowej formy rodzimych środków pieniężnych, ile na poniekąd przeciwnym zjawisku nasycenia rynku podobnym pieniądzem obcym w stopniu tak już znacznym, iż moneta własna mogła wejść do obiegu tylko jako jedna z wielu, bez przywileju wyłączności i bez opieki chroniących ją sankcji prawa książęcego.

Jedną z zasadniczych przeszkód w rozwijaniu własnego mennictwa był brak niezbędnych po temu złóż srebra, których eksplo­atacja pozwoliłaby księciu choćby stopniowo, ale stale i wydajnie nasycać rynek produkowaną z tego kruszcu monetą, aż do osiąg­nięcia przewagi nad kruszcem obcym i wreszcie wyłączności. Przykładu takiej właśnie działalności dostarcza sąsiednie państwo czeskie, gdzie dzięki obfitości miejscowych złóż srebra udało się Przemyślidom zorganizować mennictwo na tyle wydajne, iż w ciągu kilkudziesięciu lat moneta obca, głównie bawarska, zo­stała całkowicie zmajoryzowana, a dalszy jej dopływ uległ pra­wie zupełnemu zahamowaniu. W Polsce jednak eksploatacja rodzimych pokładów rud sre­brnych była mniej rozwinięta, ponadto w okresie gdy Mieszko I podejmował działalność menniczą, złoża te znajdowały się jeszcze poza granicami jego państwa. Zarówno obfitujący w rudy Śląsk, jak i Małopolska z pokładami ołowianosrebrnymi pod Olkuszem pozostawały wówczas w przejściowym władaniu czeskim, książę polski zaś dopiero gotował się do wielkiej akcji scalenia południowych części kraju ze swym budowanym mozolnie państwem.

Toteż pierwsze jego monety były bez wątpienia wybite nie z kruszcu własnego, lecz ze sprowadzonego w drodze handlu z zewnątrz, może jeszcze muzułmańskiego, może już niemieckiego, srebra, któremu mincerz książęcy nadał tylko nową postać ze­wnętrzną. Zmieniając kształt, nie mógł on jednak zmienić zarazem warunków ekonomicznych obiegu tego srebra, nie mógł nadać mu innej wartości względnej, która stałaby się podstawą wypie­rania monety obcej przez własną. Tworzący się zaś dopiero aparat państwowy był jeszcze zbyt słabo rozwinięty i niedostatecznie sprawny w działaniu, by rodzimym monetom zapewnić w drodze przymusu uprzywilejowane warunki obiegu, jak to miało miejsce w sto kilkadziesiąt lat później. Stąd też nowe denary, choć opa­trzone stemplem książęcym, z chwilą dostania się na rynek trak­towane były przez użytkowników na równi z innymi monetami, ozdobami, „plackami” czy sztabkami, a więc jako blaszki srebrne warte tyle, ile zawierały w sobie kruszcu. Kraj zalewały monety obce, w związku z czym zapewne tylko bardzo nieliczne osoby zdawały sobie sprawę, iż to pieniądz różny od pozostałych, wybity przez własnego władcę.

W tej sytuacji najwcześniejsze mennictwo polskie, nie mając re­alnych ekonomicznych podstaw rozwoju, nie mogło być i nie było źródłem dochodów książęcych. A przecież w średniowieczu bicie monety dla osiągnięcia zysku stanowiło niemal zasadę i było głównym celem produkcji menniczej. W Polsce działo się nawet odwrotnie: wypuszczanie własnej monety przynosiło naszemu władcy jedynie straty materialne, na które składały się koszty przetwórstwa kruszcu, nieuniknione ubytki metalu w czasie prze­topu i przebijania pod nowym stemplem, koszty narzędzi i pracy. Nic więc dziwnego, że mennictwo polskie za Mieszka I, a nawet i za jego następcy, Bolesława Chrobrego, nie rozwinęło się sze­rzej, nie nabrało cech produkcji masowej i że wytwory jego są niezmiernie rzadko spotykane w znaleziskach z tego okresu. Ogółem znamy dziś ok. 50 monet Mieszka I i ok. 120 Bolesława Chrobrego, pochodzących zresztą ze skarbów ukrytych tak w pier­wszej, jak i w drugiej połowie XI w. Jest to zaledwie ok. l°/o liczby wszystkich monet znajdujących się wtedy w kraju, odkry­tych we współczesnych znaleziskach. Gospodarcze znaczenie mennictwa było więc wtedy w praktyce równe niemal zeru.

Natomiast istotna jego rola, która przede wszystkim tłumaczy i uzasadnia sam cel tej produkcji, polegała na czym innym, a wyznaczała ją ideologia wczesnofeudalna. Już Joachim Lelewel, jeden z najznakomitszych badaczy mo­net Europy średniowiecznej, dostrzegł i celnie sformułował tę zasadniczą różnicę pomiędzy najwcześniejszymi a późniejszymi monetami polskimi. Stwierdził on, że „stępel obmyślano dla mo­nety a jindziej [tzn. wcześniej] monetę dla stępia, dla krzyża, dla monogramu lub jakiego przedmiotu miejscowej czci”.12 Istotnie, taki „stępel”, choć początkowo prymitywny i nieporęcznie wybi­ty, stanowił przecież najważniejszy element ówczesnych monet, podczas gdy srebro, na którym go wybijano, spełniało tylko rolę odpowiedniego tworzywa. Nie o zysk menniczy chodziło ani o za­sadniczą reorganizację gospodarki pieniężnej, lecz o manifestację przy pomocy tych małych, srebrnych krążków nowych treści ide­ologicznych, przyswajanych w coraz szerszym zakresie przez księ­cia polskiego i jego otoczenie. Dla manifestacji tej decydował się Mieszko nawet na pewne straty materialne, zresztą znikome w porównaniu z kosztami innych, znacznie poważniejszych przed­sięwzięć (np. budowy kościołów) służących podobnym celom jako oprawa monarchii wczesnofeudalnej, związana szczególnie z treś­cią ideologiczną przyjętego dopiero co chrześcijaństwa. Początki mennictwa książęcego nieprzypadkowo zbiegają się w czasie z pierwszymi dziesięcioleciami istnienia w Polsce organi­zacji kościelnej.

Jest zresztą niemal regułą dla wszystkich krajów europejskich, o czym była już mowa, iż mennictwo feudalne tak ze względów ideologicznych, jak i z przyczyn technicznych po­wstaje i rozwija się, zwłaszcza w okresie początkowym, w opar­ciu o duchowieństwo. W niektórych krajach, szczególnie w Niem­czech, ten udział kleru nie ograniczał się tylko do nadawania mo­netom odpowiedniej formy i treści ideologicznej, ani nawet do współpracy organizacyjnej, gdyż rychło znalazł wyraz także w uczestnictwie w korzyściach materialnych, jakie przynosiła produkcja mennicza. Na drodze przywilejów cesarskich, a niekie­dy może nawet drogami mniej oficjalnymi, liczni arcybiskupi, biskupi lub opaci niemieccy uzyskali już w X stuleciu prawo bicia własnych monet i z prawa tego, jak wiemy, w szerokim stopniu korzystali. Najbardziej jaskrawym przykładem są tu mennice, które produkowały denary krzyżowe, ale można wskazać też wiele innych, bardzo wydajnych mennic biskupich, zwłaszcza na obszarze Nadrenii, świadczących o przejmowaniu przez episkopat niemiecki poważnej części zysku przynoszonego przez ten rodzaj produkcji. W Polsce jednak, podobnie jak w Czechach, na Węgrzech czy w Danii, przez całe wczesne średniowiecze duchowieństwo praw takich nie posiadało.

W najdawniejszym okresie, o którym tutaj mówimy, nie było nawet powodu do ubiegania się o przywileje na bicie monet, produkcja mennicza bowiem nie przynosiła w ogóle zysku. Dopiero sto lat później, gdy w zmienionych już warunkach działalność mennicza zaczęła być i w Polsce opłacalna, powstały w zasadzie możliwości do starań o takie przywileje; ale nie znamy żadnego wypadku, aby aż do schyłku XII w. Kościół zdobył jakiekolwiek prawa w tej dziedzinie. Za czasów Mieszka I tworząca się dopiero organizacja kościelna była tylko jednym z ogniw, acz niepoślednich, aparatu państwo­wego, podporządkowanym całkowicie władcy i współpracującym z nim ściśle w dziele umocnienia nowego, feudalnego porządku. Najwcześniejsze monety polskie są też jednym z wyrazów tej współpracy, a treść ich stempli obrazuje najlepiej trudną wów­czas do rozgraniczenia ideologię kościelną i państwową. Dopiero w sto lat później, gdy kler począł zdobywać stosunkowo większą autonomię i zmierzając do własnych celów, niekiedy nawet sprze­ciwiał się dążeniom władcy, na monetach, wciąż li tylko książę­cych, zaczynają przeważać albo i zyskiwać wyłączność elementy o treści świeckiej, nie związane w niczym z ideologią chrześcijań­ską. Ale to sprawa późniejsza, do której jeszcze wrócimy.

Przyjrzyjmy się obecnie, jak wygląda i jaką treść wyraża naj­starsza moneta polska. Okazały denar, wagi ok. 1,5 g, ma z jednej strony niezbyt foremny rysunek kopulastego dachu, zwieńczonego małym krzy­żykiem i opatrzonego po obu bokach zgiętymi ku środkowi pałąkami, które nadają mu kształt podobny do korony. Zbieżność ta skłaniała nawet wielu badaczy do upatrywania w tym wyobraże­niu właśnie rysunku insygnium królewskiego. Jest to jednakże po­myłka. Pokrewne monety, na których stempel ten wzorowano, zwłaszcza saskie denary krzyżowe starszego typu, świadczą wy­raźnie, iż mamy przed sobą uproszczony, niejako schematyczny rysunek budowli kościelnej, zwany zazwyczaj „świątynią” w od­różnieniu od innych, nieco mniejszych,, określanych mianem „kaplicy”. „Świątynię” taką widzieliśmy już na monetach karo­lińskich z IX stulecia; od nich motyw ten przejęły monety nie­mieckie: bawarskie, od których zapożyczyły go czeskie, oraz sas­kie, od których zapożyczyły go właśnie polskie.

Nic dziwnego, że przy takim pośrednictwie pierwotny rysunek karoliński, przed­stawiający budowlę o dachu spadzistym, wspartą na czterech ko­lumnach, z zaznaczonymi u dołu stopniami, uległ stopniowo de­generacji i na denarach Mieszka I wystąpił już tylko w szczątko­wej postaci, ograniczonej do samego, zaokrąglonego w między czasie dachu. Dookoła wyobrażenia tej „świątyni” biegnie wąska obwódka, oddzielająca środkowe pole od otoku monety, a w otoku widnieje sześcioliterowy, symetrycznie rozmieszczony napis MISICO. Po drugiej stronie monety znajduje się duży, równora­mienny krzyż, z punktami w każdym z kątów, w otoku zaś za­miast napisu są jedynie cztery małe, niezbyt kształtne krzyżyki. I to wszystko, cała treść wyrażona przez pierwszą monetę polską, treść, dla której monetę tę wybito, zawarta w rysunku świątyni, krzyża i w imieniu władcy. Nie należy chyba doszukiwać się w owych motywach jakichś szczególnych pojęć, ukrytych aluzji politycznych lub złożonej symboliki. Przeciwnie, należą one do najprostszych, najbardziej pospolitych symboli chrześcijańskich, wyobrażanych niezliczoną ilość razy na monetach różnych krajów w okresie średniowiecza.

Stąd ich wymowa sprowadza się i tu do ogólnikowego tylko wy­rażenia przynależności do religii i do Kościoła, ale ta, poniekąd banalna treść, nabiera oczywiście żywszej barwy w zestawieniu z imieniem Mieszka, od niedawna dopiero chrześcijańskiego wład­cy Polski. Surowy zapis MISICO, bez dodania tytułu książęcego, bez nazwy kraju lub miejscowości, w której monetę wybito, koncen­truje w sobie całą treść polityczną stempla. Widocznie imię to było dostatecznie jednoznaczne, nie potrzebowało bliższych okre­śleń, samo zastępowało teksty uzupełniające, które zazwyczaj kładziono na innych współczesnych monetach. Podobnie kilka­naście lat wcześniej znany nam już podróżnik żydowski, Ibrahim ibn Jakub, zasłyszawszy w Pradze o Polsce, napisał: „a co się tyczy kraju Meszko, to jest on najrozleglejszy księcia polskiego utożsamiało się z nazwą i z pojęciem państwa. Napis MISICO posiada jednak pewną cechę szczególną: stanowi obcą formę imienia władcy polskiego, stosowaną z reguły w tej lub podobnej postaci przez pisarzy niemieckich, podczas gdy w dokumentach lub kronikach polskich imię księcia oddawano w postaci bardziej poprawnej, zazwyczaj Mesco lub Mescho.

Wy­nika stąd jasno, że autorem tego napisu, a zapewne i całego ukła­du stempla, był jakiś Niemiec, oczywiście duchowny. Można się tu domyślać przede wszystkim osoby Ungera, jedynego biskupa w Polsce w osiemdziesiątych latach X w. Jego udział w organizowaniu mennietwa polskiego i jego autorstwo pierwszych stempli wydają się więcej niż prawdopodobne. Oczywiście strona techniczna wykonania tłoku, wedle podanego przez biskupa wzoru, należała już do odpowiednio kwalifikowa­nych, acz niezbyt chyba biegłych w swej pracy rzemieślników. Oni też zapewne, gdy pierwsze tłoki uległy zużyciu, sporządzili drugą ich parę. Ale wykonali je wadliwie, gdyż prawdopodobnie patrzyli na uprzednio wybitą monetę, a nie na dawny tłok, na skutek czego wyryli napis tak jak go widzieli, przez co zamiast negatywu stworzyli na nowym tłoku pozytyw. W rezultacie, nie licząc innych, drobniejszych pomyłek, na nowej emisji napis imienia książęcego wypadł na wspak, w postaci OCZLTM, i do­piero gdy czytamy go w kierunku odwrotnym, otrzymujemy wy­raz MTLZCO, będący zresztą także zniekształceniem pierwotnego napisu MISICO. Niektórzy badacze uważają nawet tę wadliwą odmianę za starszą i jej więc przyznają rangę pierwszej monety polskiej. Jest to jednak pogląd trudny do utrzymania. W każdym bądź razie obie odmiany, poprawna i zniekształcona, mają iden­tyczną treść: Mieszko I manifestuje na nich swą pozycję władcy należącego do feudalnego świata chrześcijańskiego. Wobec kogo książę polski podjął tę manifestację i jaką konkret­ną korzyść dawały te monety? Wiemy już, że nie mogły one słu­żyć żadnym szerszym zadaniom gospodarczym, a zatem musiały być przeznaczone tylko dla pewnej, niewielkiej grupy ich odbior­ców.

Nie wydaje się trafne mniemanie, iż chodziło tu o demon­strację zewnętrzną, wobec obcych ludów czy ich władców. Wszystkie bowiem znaleziska tych monet pochodzą wyłącznie z ziem polskich. Trudno też zgodzić się z poglądem, jakoby bijąc denary miał Mieszko akcentować wobec cesarza czy też innych monarchów swą suwerenność i niezależność państwa. W epoce, o której tu mówimy, pojęcie suwerenności rozumiano odmiennie niż dzisiaj, a w żadnym wypadku jej wykładnika jeszcze nie sta­nowiła moneta. Przecież w Niemczech dziesiątki lokalnych wład­ców, świeckich i duchownych, biły monetę pod własnym imie­niem, mimo iż byli feudałami uzależnionymi od cesarza. Nie był to więc pod interesującym nas tu względem żaden argument na europejskiej arenie politycznej. Oczywiście niektóre spośród denarów Mieszka mogły zawędro­wać na dwory obce, nawet aż do Rzymu, głównych jednak odbior­ców, do których je adresowano, wypada poszukiwać przede wszy­stkim w granicach samego państwa Mieszka, zwłaszcza w środo­wisku dworskim, w najbliższym otoczeniu księcia. Ta grupa, która wraz z Mieszkiem organizowała aparat państwowy, która stanowiła najmocniejsze, bezpośrednie oparcie władcy, była chyba też pierwszym odbiorcą jego monet; wobec niej książę mógł i musiał manifestować jak najsilniej swą władzę feudalną.

Być może przy pomocy bitych przez siebie denarów uiszczał Mieszko żołd swojej drużynie. O opłatach tych wspomina już Ibrahim ibn Jakub, ale opis jego dotyczy okresu, gdy książę pol­ski nie miał jeszcze monety własnej i musiał wynagradzać dru­żynę posługując się monetami obcymi, prawdopodobnie dirhe­mami. Zastąpienie ich przez własne denary jest całkiem zrozu­miałe. Zresztą akcja taka mogła mieć zasięg bardzo ograniczony, bo skoro znamy zaledwie kilka odmian stempli monet Mieszkowych, a z każdej pary tłoków uzyskiwano najwyżej do 5 tysięcy dena­rów, to cała produkcja mennicza tego księcia sprowadza się do rzędu tylko kilkunastu tysięcy monet. Taka ilość mogła wystar­czać przez ok. 5 lat na wypłatę miesięcznego, jak określa Ibrahim, żołdu po jednym denarze dla ok. 200 lub 300 drużynników (Ibra­him opowiada o 3 tysiącach, ale bez wątpienia przesadza). Są to oczywiście liczby tylko orientacyjne, ale ukazują one skalę naj­wcześniejszych poczynań menniczych władców polskich. Bujniej, ale także w stopniu nader ograniczonym, rozwijało się mennictwo polskie za Bolesława Chrobrego. Ogólna liczba monet wybitych za jego panowania była kilkakrotnie większa niż za pa­nowania Mieszka, ale też i okres tej działalności trwał znacznie dłużej.

Jednakże w znaleziskach denary Chrobrego należą także do wielkich rzadkości i z reguły stanowią tylko znikome uzupeł­nienie monet obcych. Toteż ich rola gospodarcza w praktyce obrotu pieniężnego nie była dużo większa niż monet Mieszka i w zasadzie musi być oceniana w zupełnie podobny sposób. Na­tomiast pod względem wyglądu i treści stempli denary Bolesława są znacznie bardziej urozmaicone i nie nawiązują w niczym do monet poprzednika; mają cechy tak oryginalne, że zaliczyć je można do najciekawszych wytworów wczesnośredniowiecznego mennietwa europejskiego. Przejrzyjmy pokrótce ważniejsze typy monet Bolesława Chro­brego. Prawie każdy z nich odznacza się jakąś osobliwością w na­pisie lub rysunku, dającą zresztą uczonym powód do żmudnych, lecz pasjonujących dociekań, dyskusji i sporów, bynajmniej je­szcze nie zakończonych. Oto najbardziej charakterystyczne mo­nety Chrobrego. Na denarze po jednej stronie pyszni się jakiś ptak z szeroko rozpostartym ogonem. Niektórzy badacze widzą w nim koguta, inni pawia, jeszcze inni orła. W każdym razie na pewno wyobra­żenie to nie ma nic wspólnego z późniejszym godłem piastowskim i polskim, kładzionym po dziś dzień na naszych monetach. Na drugiej stronie denara widnieje krzyż, ale nie taki, jak na pienią­dzach Mieszka, lecz wyciągnięty aż do obwódki podwójnymi liniami, na wzór krzyży z ówczesnych monet angielskich.

W oto­kach zaś, po jednej i po drugiej stronie taki sam napis: PRINCES POLONIE. Tak jest, to nie pomyłka drukarska, nie wyraz „princeps”, tj. „książę”, ani „principes”, tj. „książęta”, ale właśnie „princes”, zapis nieprawidłowy, będący niejako formą pośrednią między liczbą pojedynczą a mnogą. Zniekształcenia, błędy, opuszczanie liter albo niepotrzebne ich powtarzanie, różne skróty niezgodne z zasadami ówczesnego pisma, a nawet imitacje liter nie dające w ogóle żadnego sensu — nie są rzadkością na monetach wczesnośredniowiecznych. W na­szym jednak wypadku już sam fakt, że identyczne zniekształ­cenie powtórzono na obu stronach monety, wskazuje, iż nie jest to zwyczajna pomyłka, ale forma zastosowana świadomie. Nie­którzy badacze sądzili, iż był to skrót liczby mnogiej „principes” i stąd wiązali ową monetę z okresem, gdy Bolesław Chrobry współrządził ze swymi przyrodnimi braćmi w pierwszych latach po śmierci Mieszka. Domysł taki jednak, z wielu względów mało prawdopodobny, upada całkiem, gdy się zważy, że forma „prin­ces” występowała współcześnie także na monetach bitych w Ita­lii przez książąt Benewentu, gdzie bez żadnej wątpliwości ozna­czała liczbę pojedynczą, a więc tyle co wyraz „princeps”, czyli „książę”.

Jest to zestawienie wprawdzie odległe, ale jedyne: w całej ówczesnej Europie tytułu „princeps” nie umieszczano na żadnych innych monetach, a godność książęcą z reguły określano łacińskim wyrazem „dux”. Charakterystyczna forma „princes” odbija też włoską wymowę tego wyrazu, posiadającego do dziś w języku włoskim postać „il principe”. Czyżby więc autorem stempli bolesławowskich był jakiś Włoch lub może w inny spo­sób ich wzór przedostał się z Italii na dwór Chrobrego? Pewności w tej sprawie nie mamy, istnieją tylko pośrednie wskazówki, po­zwalające odtworzyć stosunkowo pełny obraz powstania owej osobliwej monety. Za wskazówkę służyć może przede wszystkim ptak widniejący pośrodku monety. I on też posiada tylko jedną współczesną ana­logię, nie włoską, lecz o wiele bliższą, bo czeską. W Czechach istniało w drugiej połowie X stulecia, oprócz państwa pozostają­cego we władaniu rezydujących w Pradze Przemyślidów, nie­wielkie państewko książąt siedzących w Libicach, grodzie poło­żonym na wschód od Pragi, rządzone przez lokalnych władców z rodziny Sławnikowiców.

Księstwo to dobrze jest znane z histo­rii Polski, stamtąd bowiem pochodził św. Wojciech i jego brat RadzimGaudenty, pierwszy metropolita polski. Gdy w 995 r. państewko libickie zostało zniszczone przez Przemyślidów, a część rodziny książęcej wymordowana podczas krwawej rzezi, uchodźcy i niedobitki schronili się w Polsce, znajdując przychylne przyję­cie na dworze Bolesława Chrobrego. Otóż właśnie w Libicach w ostatnim dziesięcioleciu przed ka­tastrofą książęta Sławnikowice bili własne denary, których część nosiła podobne wyobrażenie ptaka z rozpostartym ogonem. Może więc któryś z mincerzy libickich, uszedłszy po pogromie do Polski, podjął pracę w warsztacie menniczym Bolesława Chrobrego i nadal rył na stemplach dobrze sobie znane motywy? Nie wyłą­czamy takiej możliwości, musimy jednak pamiętać, że ustalenie wyglądu i treści stempla było, szczególnie wówczas gdy bito „mo­netę dla stępia”, zadaniem tak ważnym i odpowiedzialnym, iż trudno przypuścić, by o stemplu decydował sam rytownik.

A zresztą skąd by mógł on znać ów włoski typ napisu PRINCES POLONIE. Nasuwa się więc wniosek, że to raczej sam RadzimGaudenty, Sławnikowic, bywały w Italii, od 1000 r. zaś piastujący godność arcybiskupa gnieźnieńskiego, jest autorem wzoru interesującego nas stempla, łączącego w sobie elementy polskie, wło­skie i czeskie. Nie na tym jednak koniec rozważań nad naszym denarem. Nie wiemy przecież, jakie przyczyny spowodowały wprowadzenie na jego stempel odległych wzorów benewentyńskich i dlaczego okre­ślono tu Chrobrego terminem tak osobliwym, odbiegającym od zwykle stosowanej tytulatury. Zresztą nie tylko tytuł princepsa, ale i nazwa Polski, stanowiąca część napisu monety, jest zjawi­skiem zupełnie wyjątkowym. Współcześnie na żadnych innych monetach, nie tylko w Polsce, ale i w krajach sąsiednich, nigdy nie umieszczano nazwy kraju. Podobne wypadki miały wtedy miejsce znów jedynie na monetach bitych w Benewencie (PRINCES BENEBENTI), a dopiero później, też zresztą wyjątkowo, na Węgrzech (PANONIA) i w księstwie saskim. Dodajmy tu, że napis PRINCES POLONIE stanowi najstarszy, historyczny pomnik na­zwy Polski, o czym wspominaliśmy już na wstępie tej książki. Dopiero w kilka lat później wyraz „Polska” pojawił się na kartach kronik i dokumentów.

Nasuwa się więc pytanie, jakie powody mo­gły skłonić RadzimaGaudentego do zastosowania takiego napisu? Znów domyślamy się, zestawiając fakty. Radzim przybył do Polski na stałe w 999 r., wprost z Rzymu, gdzie zabiegał o utwo­rzenie metropolii gnieźnieńskiej, której miał być pierwszym kie­rownikiem. Metropolia ta powstała ostatecznie w 1000 r., kreowa­na uroczyście podczas słynnego zjazdu gnieźnieńskiego, na który przybył cesarz Otto III wraz z wielu dostojnikami świeckimi i duchownymi. Podczas zjazdu nastąpiło jednak nie tylko upo­rządkowanie stosunków kościelnych w Polsce; miał też wówczas miejsce sławny fakt uwieńczenia przez Ottona III głowy Bole­sława diademem cesarza. Wielu historyków przyjmuje, iż akt ten wyrażał nadanie Bolesławowi godności patrycjusza rzymskiego, a więc pierwszego po Ottonie dostojnika w Cesarstwie, powoła­nego wedle wzorów zaczerpniętych ze starożytności. Nie jest to zresztą jedyny wypadek, kiedy młody cesarz sięgał po antyczne wzory. Przez cały czas swych krótkotrwałych rządów Otto III Usiłował wskrzeszać dawne tradycje rzymskie i dostosowywać je do warunków nowej epoki.

Te niezbyt realne plany zawaliły się niepowrotnie już w 1002 r., wraz ze śmiercią Ottona III. Na tym tle jednak denary z napisem PRINCES POLONIE na­bierają swoistej wymowy. Tytuł władcy Polski wyrażony we­dle wzoru zaczerpniętego wprost z Italii, tytuł „rzymski”, się­gający antyku, wyróżniający Chrobrego z tłumu książąt, okre­ślanych jako zwykli „duces”, nieprzypadkowo chyba zbiega się z pozycją Bolesława uzyskaną na zjeździe gnieźnieńskim, i może właściwie formułuje tę pozycję, nie zapisaną przez inne źródła, a tu poświadczoną przez tysiące egzemplarzy wybitych na naj­bardziej trwałych, ze srebra wykonanych pomnikach. Więc znów manifestacja, ale innego już, bardziej ambitnego programu niż wyrażony na monetach Mieszka I, programu, który zresztą miał krótki żywot, bo załamał się w zaledwie kilka lat po zjeździe gnieźnieńskim, w dobie walki z nowym królem niemieckim, Hen­rykiem II. Stąd też tylko pierwsze lata XI w. tworzyły właściwe ramy chronologiczne dla tych monet, zresztą najliczniejszych spośród wszystkich denarów Chrobrego. Istnieją ponadto dodatko­we wskazówki, iż koniec ich produkcji przypadł w przybliżeniu na 1003—1004 r., po czym pojawiły się inne typy monet Bole­sława.

Ten pierwszy, nieco szerzej omówiony przykład wskazuje, jak okrężnymi drogami wypada kluczyć, by rozpoznać lub przynaj­mniej uprawdopodobnić istotną treść stempli monet bolesławowskich. Ale też świadczy on, że poszukiwania takie warte są za­chodu, gdyż monety te stanowią na pewno źródło historyczne wielkiego znaczenia, tyczące się węzłowych zagadnień dziejów Polski. Oczywiście w każdym wypadku studia takie wymagają mobilizacji dużego aparatu badawczego, którego nie możemy tutaj dokładnie przedstawić. Pokrótce więc tylko omówimy teraz inne monety Bolesława, bez wchodzenia w szczegóły pytań i do­wodów. Jedną z najsłynniejszych w numizmatyce polskiej monet jest denar Chrobrego z napisem GNEZLWN CIVITAS. Przedstawia on głowę władcy, wyrytą dość starannie, na skutek czego niektórzy badacze sądzili nawet, że mają do czynienia z rzeczywistym por­tretem księcia polskiego. Dookoła głowy monarchy, w otoku, biegnie napis ROLIZAVS, a więc zniekształcone nieco imię Bole­sława. Zwróćmy uwagę na czwartą literę napisu, I zamiast E. Nie jest to błąd przypadkowy, gdyż prawie na wszystkich monetach Chrobrego, opatrzonych jego imieniem, mamy właśnie zapi­sy Bolislaus lub zbliżone, a nie Boleslaus, jak by należało oczeki­wać. Mamy tu znów, podobnie jak w wypadku zapisu MISICO, ślad niemieckiego pochodzenia autora tych legend, w takiej bo­wiem, skażonej postaci imię Bolesława występuje z reguły u ów­czesnych pisarzy niemieckich. Może i tu w grę wchodzi osoba Ungera, zasiadającego aż do 1012 r. na stolicy biskupiej w Po­znaniu, a może ktoś inny; sprawę tę trudno jednoznacznie roz­strzygnąć. Najciekawszy na naszym denarze jest wszakże napis GNEZDVN CIVITAS, pomieszczony na stronie odwrotnej.

Oczywiście ozna­cza on Gniezno. Sama forma tego zapisu byłaby niczym szczegól­nym, gdyż współcześnie występuje bardzo wiele monet, m. in. czeskich, niemieckich i węgierskich, noszących na sobie nazwy miejscowości, w których je wybito. W Polsce jednak jest to wy­padek wyjątkowy. Żadna inna moneta Chrobrego nie ma nazwy miejscowości; nie miały ich także denary Mieszka I. Widocznie więc wprowadzenie jej zostało podyktowane jakimiś szczególny­mi względami i może znaczenie jej jest inne niż samo tylko okre­ślenie miejsca wybicia monety. Istotnie, część badaczy przypuszcza, że napis ten dotyczy nie mennicy, lecz raczej jakiegoś wydarzenia wielkiej wagi, które zaszło w Gnieźnie, a więc przede wszystkim owego zjazdu w 1000 r. W takim razie nasz denar byłby emisją manifestacyjną, obliczoną chyba głównie na zagranicznych gości. Jak wiadomo z kronik Thietmara i Galla, Bolesław rozdał w Gnieźnie cesarzo­wi i jego świcie liczne podarki ze złota i srebra, które miały przybyszów wprawić w podziw. Może więc na tę okazję przygo­towano i specjalne monety? W każdym razie denary te nie prze­dostały się prawie wcale na rynek polski i stanowią największą rzadkość w naszych znaleziskach. Odkryto ich ogółem zaledwie dwa lub trzy egzemplarze, ale tylko jeden, przechowywany tros­kliwie w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie, dochował się do dziś. BOLIZLAVS DVX INCLITVS — Bolesław Książę Przesławny, głosi napis na dalszych monetach Chrobrego, noszących w polu wyobrażenie władcy, wzorowane wcale wiernie na współczesnych denarach angielskich, a na stronie odwrotnej mających, jak zwykle, rysunek krzyża.

Znowuż legenda wyjątkowa, bez żadnych współczesnych analogii; jedynie czterysta lat wcześniej merowiński król Franków, Chlotar II, tytułował się na monetach HINCLITVS ET PIVS — Przesławny a Pobożny, ale oczywiście nie może być mowy o żadnej współzależności tych wypadków. Skąd więc na polskich denarach ów nie spotykany gdzie indziej zwrot? Zdawałoby się najprostsze, że Bolesław w ten sposób chlubił się swymi sukcesami; jeden z badaczy domyślał się nawet, iż „inclitus” jest łacińskim odpowiednikiem przydomka „chrobry”, na­danego Bolesławowi może jeszcze za jego życia. Ale bądźmy ostrożni. Studia nad tytulaturą władców średnio­wiecznych ujawniły, że określenie „inclitus” stosowano wówczas w Cesarstwie wobec władców świeckich feudalnie zależnych. Byl to termin charakteryzujący pozycję danego księcia w stosunku do cesarza, używany poniekąd tak, jak w latach późniejszych używano terminu „nobilis”, określającego szlachcica, „honestus” — mieszczanina, „laboriosus” — chłopa. W tym rozumie­niu napis DVX INCLITVS, wbrew pierwotnemu znaczeniu wy­stępujących w nim słów, stanowiłby raczej świadectwo jakiegoś ograniczenia władzy Chrobrego. Może więc denary te powstały po hołdzie złożonym królowi niemieckiemu w Merseburgu, w 1013 r., gdy Bolesław okresowo był istotnie lennikiem Hen­ryka II? Podobnie nie ufajmy denarom z napisem REX BOLIZLAVS — Król Bolesław, chociaż ich wymowa jest wręcz przeciwna niż poprzednich monet. Tamte wyrażały jakieś dostosowanie się do wymuszonej przez Henryka II pozycji, te natomiast świadczą o pretensjach Chrobrego wykraczających poza posiadane rzeczy­wiście stanowisko.

Nie jest bowiem trafne mniemanie, że denary z tytułem królewskim wybito dopiero po koronacji Bolesława w 1025 r., zaledwie kilka miesięcy przed jego śmiercią. Istnieją mianowicie wskazówki, których zresztą nie będziemy tu refero­wać, świadczące, że denary takie wykonano wcześniej, gdy Chro­bry dopiero wywalczał ciężko tę pozycję polityczną, która po­zwoliła mu u schyłku życia na koronację królewską. Są to, na­wiasem mówiąc, denary wręcz szkaradne, spośród wszystkich monet Bolesława najbardziej niestarannie wykonane, o literach koślawych, przeważnie pomylonych, o wyobrażeniach przedstawiających tylko obustronny, prymitywny znak krzyża, często bite ledwie jednym tłokiem. Jedynie tytuł REX wyraża istotną treść ich stempli, ale przyznajmy, że jest to wyraz mocny. Inny wypadek, znowu zupełnie wyjątkowy w mennictwie Eu­ropy średniowiecznej: denary Chrobrego z imieniem „Bolesław” wypisanym cyrylicą, z wyobrażeniami wzorowanymi na mone­tach bizantyjskich. Żadna inna emisja bita w krajach należących do kręgu kultury łacińskiej, do pokarolińskiego systemu menni­czego, nie posługiwała się cyrylicą. Stosowały ją natomiast współ­czesne monety ruskie. Dlaczego więc Chrobry, wypuszczający poza tym jednym wypadkiem denary z legendami wyłącznie ła­cińskimi, sięgnął tu po dobra innego kręgu kulturowego? Czy uczynił to w związku z wyprawami na Kijów, z zajęciem Grodów Czerwieńskich, w celu manifestowania tam w zrozumiałej dla mieszkańców formie swych praw zwierzchnich nad ich teryto­rium? Czy też jest to tylko przypadek, wynik zatrudnienia ru­skiego rytownika stempli, sprowadzonego lub może uprowadzo­nego z Kijowa w 1018 r.? Zdania badaczy są tu podzielone, argu­menty nie zawsze dość pewne.

Nie rozstrzygajmy więc spornej kwestii i tylko przypatrzmy się wyobrażeniom przedstawionym na tych osobliwych monetach. Widnieje na nich popiersie książęce w sfaldowanej szacie, na­rzuconej na ramiona, spiętej pod szyją dużą klamrą; na głowie władca ma rodzaj wysokiego kołpaka, twarz zaznaczona jest ledwie kilku kreskami, na niektórych odmianach znać krótką brodę i jak by obwisłe wąsy. Na pewno nie jest to autentyczny por­tret Bolesława, nawet realia jego stroju nie są chyba prawdziwe. Ale prawdziwy jest sam symbol władzy, wymodelowany na wzór bizantyjski, i prawdziwe jest imię księcia. Zbyt mało wiemy o czasach Chrobrego, zwłaszcza o końcowych latach jego pano­wania, by powstanie tak wymownego „plakatu politycznego” kłaść z czystym sumieniem tylko na karb przypadku. Po denarach z napisem PRINCES POLONIE chyba żaden program Bolesława, manifestowany tą drogą, nie może już zadziwić. Są jeszcze i inne monety bolesławowskie, równie niepokojące badaczy: denary łączące stemple z imieniem księcia polskiego i ze stemplami z imieniem cesarzowej Adelajdy, babki Ottona III, albo z imieniem króla Anglii, Etelreda, lub z imieniem księcia czeskiego Władywoja; denary z imieniem św. Jana, patrona ka­tedry we Wrocławiu, uważane za produkty mennicy, istniejącej w tym grodzie; denary z napisami całkiem pomylonymi, z suro­wymi rysunkami postaci władcy. Wszystkie one, znane w nie­licznych bardzo egzemplarzach, przynoszą więcej pytań niż odpo­wiedzi. Nie będziemy tu tych monet omawiać. Przykłady, które już podaliśmy, charakteryzują w dostatecznej mierze mennictwo Bolesława Chrobrego, słabe pod względem ilości, niezwykle wy­bujałe pod względem treści przekazywanych za jego pomocą.

Jest w nim odbicie epoki wielkich programów i dążeń najwybit­niejszego z Piastów. Monety Chrobrego to jeden z instrumentów, by nie rzec: broni, którymi posługiwał się on w walce o umoc­nienie państwa. Wraz z jego śmiercią, w dobie kryzysu monarchii, załamuje się też całkowicie polskie mennictwo książęce. Nie znamy dziś ani jednej monety polskiej pochodzącej z okre­su rządów Mieszka II i Kazimierza Odnowiciela. I to więc świad­czy, iż dotychczasowe mennictwo mimo stosunkowo rozwiniętych form zewnętrznych na kruchych opierało się podstawach, że nie miało bazy ekonomicznej, która by je podtrzymywała i czyniła społecznie niezbędnym, niezależnie od aktualnej sytuacji poli­tycznej i od manifestacyjnych potrzeb władców. Podobnemu kry­zysowi uległo prawie współcześnie także mennictwo ruskie, które również rozwinęło się pod koniec X w., trwało zresztą w podobnie ograniczonym zakresie przez lat kilkadziesiąt i zanikło na bardzo długie lata już przed połową XI w. Jest to zbieżność chyba nie­przypadkowa, w obu bowiem wypadkach pełniejszy rozwój pro­dukcji menniczej był jednakowo utrudniony przez; brak własnych złóż kruszcowych i dławiony przez masową obecność na rynku monety obcej. W późniejszym jednak okresie dzieje pieniądza rodzimego potoczyły się odmiennymi drogami w obu krajach. Na Rusi, przez kilka wieków w ogóle nie podejmującej produkcji menniczej, wykształcił się szeroko rozbudowany system zastęp­czych form pieniądza, o którym mówiliśmy uprzednio. W Polsce po kilkudziesięcioletniej przerwie pojawiła się ponownie moneta książęca, bita już jednak na zupełnie innych zasadach niż denary dwóch pierwszych Piastów.

Początek nowej epoki nieprzerwanie odtąd istniejącego men­nictwa polskiego, będącego już nie akcją manifestacyjną, lecz istotnym czynnikiem życia gospodarczego kraju, przypadł na okres rządów Bolesława Śmiałego. Trudno ustalić dokładną datę podjęcia produkcji menniczej; prawdopodobnie rozpoczęto ją nie wcześniej niż ok. 1070 r., może nie bez związku z zagarnięciem podczas pierwszej wyprawy kijowskiej w 1069 r. zasobów krusz­cowych książąt ruskich, które zapewne ułatwiły Bolesławowi za­inicjowanie własnej działalności menniczej. W każdym razie od początku była to akcja zakrojona na dużą skalę. Liczbę odmian denarów Śmiałego, a więc zarazem i liczbę zużytych w toku owej produkcji, szacuje się na ponad tysiąc, stąd zaś liczbę wybitych monet określa się na kilka milionów egzemplarzy. To już nie doraźne emitowanie monet, przeznaczonych dla nie­wielkiej grupy odbiorców i użytkowników, ale nieprzerwana i wydajna produkcja, zmierzająca do rzeczywistego zawładnięcia rynkiem pieniężnym kraju i oczywiście obliczona na zysk skarb­ca książęcego. O wynikach tej działalności świadczą znaleziska. Wprawdzie ogólna liczba odkrytych dotąd denarów Bolesława Śmiałego nie jest bardzo pokaźna, gdyż wynosi niespełna 1500 egzemplarzy, przewyższa jednak przeszło dziesięciokrotnie liczbę znanych monet Chrobrego. Co ważniejsze, denary Bolesława Śmiałego pochodzą nie tylko ze skarbów, w których stanowią przeważnie część główną, ale i ze znalezisk tzw. luźnych, świadczących o szerokim roz­przestrzenieniu tych emisji na rynku.

Drugą cechą, róż­niącą je zasadniczo od znalezisk monet pierwszych Piastów, jest ich koncentracja niemal wyłącznie w Małopolsce i w pew­nym stopniu na Śląsku, a więc na terytoriach najmniej na­syconych monetą obcą. W stosunku do tej ostatniej denary Śmiałego, podobnie zresztą jak i jego następców, zajmowały po­zycję wyraźnie opozycyjną, nie mieściły się razem z nimi na ryn­ku, nie obiegały, jak monety Mieszka i Chrobrego, na ich fali. Stąd nowe denary polskie początkowo krążyły tylko w południo­wej części kraju i dopiero w miarę ustawania dopływu monet nie­mieckich, za Władysława Hermana, siągały też na Mazowsze, a w następnych dziesięcioleciach pojawiły się także w Polsce środkowej i wreszcie w Wielkopolsce. Sam wygląd denarów Bolesława Śmiałego wskazuje, że zmie­niła się rola rodzimej monety. Po wielkiej różnorodności typów monet polskich za Bolesława Chrobrego mamy teraz uderzające ich ubóstwo. Istnieją bowiem tylko trzy zasadniczo różniące się typy, a w dodatku jeden z nich, opatrzony imieniem Św. Jana, bity w mennicy wrocławskiej, znany jest zaledwie w kilkunastu egzemplarzach; cała reszta rozkłada się na dwa typy, z których jeden określany jest jako książęcy, drugi zaś jako królewski. Denary tzw. książęce noszą w otoku imię BOLEZLAVS, prze­ważnie zresztą zniekształcone i skrócone, ale stale pisane przez E, a nie przez I, jak na monetach Bolesława Chrobrego.

Widocznie więc autorem tego napisu był już duchowny pochodzenia polskie­go; ponieważ produkowano je w Krakowie, można się nawet do­myślać ostrożnie autora w osobie biskupa Stanisława, który póź­niej — jak wiemy — przeciwstawił się królowi i padł ofiarą jego gniewu. W polu tych monet widnieje mała główka władcy, ujęta w okrągłą obwódkę, po stronie zaś odwrotnej, pozbawionej w ogó­le napisu, postać rycerza na koniu. Nie ma tu już ani krzyża, ani innych motywów religijnych; stempel uległ zupełnej laicyzacji, wyraża treść wyłącznie polityczną, sprowadzającą się do uwypu­klenia osoby księcia. Szczególnie charakterystyczne jest owo wy­obrażenie jeźdźca, jedno z najwcześniejszych na monetach euro­pejskich, acz być może przejęte ze starszych nieco denarów fry­zyjskich. W prawym ręku rycerz dzierży włócznię, niekiedy z proporcem, na lewym ramieniu ma zawieszoną dużą trójkątną tarczę. Motyw ten będzie później wielokrotnie używany na pie­częciach książęcych, gdzie znajdzie staranne opracowanie szcze­gółów stroju i rynsztunku, nabierze właściwych proporcji i eks­presji ruchu pędzącego rumaka. Ale na razie mamy tu tylko prymitywny rysunek dość pokracznego konia i jeźdźca z nie­proporcjonalnie wielką głową; niemniej jednak jest to pierwszy tego rodzaju obraz, symbolizujący godność książęcą Bolesława Śmiałego.

Drugi typ denarów Śmiałego, zwany królewskim, nie ma w ogóle napisów, a przemawia tylko wyobrażeniem plastycznym. Z jednej strony widnieje na nim duża głowa zwieńczona koroną i ręka trzymająca miecz, co oznacza niewątpliwie, że chodzi tu o osobę króla, a zatem, iż są to denary bite już po koronacji Bo­lesława w 1076 r., podczas ostatnich trzech lat jego rządów. Na drugiej stronie monety znajduje się jakaś budowla, złożona z trzech ciasno zestawionych wież, zakończonych u góry dużymi kopułami. Czy przedstawia ona budynek sakralny, jakąś świąty­nię, czy raczej jest symbolem okazałej budowli świeckiej — trudno orzec. Ale w każdym razie nie ma potrzeby upatrywania tu wizerunku jakiegoś konkretnego budynku, jak chcą niektórzy badacze, gdyż podobny, schematyczny motyw pojawia się też na różnych monetach obcych z tego czasu. Jest rzeczą charakterystyczną, że następca Śmiałego, Włady­sław Herman, mimo całkiem opozycyjnej w stosunku do zegna­nego brata polityki wewnętrznej i zewnętrznej, przejął dla swych denarów te same motywy. Jednakże na stronie głównej swych monet umieścił wyobrażenie z denarów książęcych Bolesława (mała główka), na stronie zaś odwrotnej z denarów królewskich (budowla trójwieżowa).

Widocznie zasadnicza treść tych stempli nie miała cech przypadkowych, a oddawała na tyle szerokie poję­cie władzy książęcej, iż była równie stosowna dla monet dwóch władców reprezentujących zupełnie odmienny program poli­tyczny. Powtarzając rysunek owej budowli, wprowadził jednak Wła­dysław Herman drobną, ale istotną zmianę: zamiast kopuł umie­ścił na szczytach wież duże krzyże, nadając budynkowi charakter zdecydowanie sakralny. Czyżby był to wyraz zmiany programu władcy wobec kleru, tak widocznej po śmierci biskupa Stanisła­wa, która przyczyniła się do zegnania Bolesława Śmiałego? Czy oznaczało to powrót do ideologii wyrażonej wiek wcześniej na denarach Mieszka I? A może nowym wyobrażeniom nie należy przypisywać zbyt wielkiego znaczenia, bo nie one stanowiły już o istocie i celu produkcji menniczej u schyłku XI w., prowadzo­nej nadal na dużą skalę torami utartymi przez Bolesława Śmia­łego? W każdym bądź razie zestaw tych stempli powtarza się na kilkuset odmianach i znany jest z kilku tysięcy denarów Włady­sława Hermana. W jednym tylko skarbie z okolic Płocka miało być ok. 2000 jego denarów. Może nieprzypadkowo wystąpiły tak licznie właśnie w Płocku, bo jak wiadomo był on główną siedzibą tego księcia. Ale po dawnemu bito je w Krakowie, o czym świad­czy kładziony na nich napis CRACOV, pierwsza i przez długi jeszcze czas jedyna nazwa mennicy widniejąca na monetach pol­skich; do sprawy tej wrócimy zresztą w następnym rozdziale. Istnieje jeszcze jeden, odmienny typ denarów przypisywany Władysławowi Hermanowi.

Przedstawia on majestatyczną postać władcy, siedzącego na tronie, z mieczem położonym na kolanach, podobną do wyobrażenia na najstarszej pieczęci polskiej tego samego księcia. Typ ten, o innej już treści, znany jest jednak tylko z unikalnego egzemplarza odkrytego ostatnio w Wiślicy, opatrzo­nego zupełnie zniekształconym napisem; na razie więc nie bę­dziemy się nim zajmować. Natomiast nie możemy tu pominąć współczesnych Władysławowi denarów bitych przez palatyna Sieciecha, które stanowią jeszcze jedno niezwykłe zjawisko w dzie­jach wczesnośredniowiecznego pieniądza polskiego. Palatyn Sieciech to, jak wiadomo, potężna postać, ciążąca nad całym prawie okresem rządów Władysława Hermana, a zagra­żająca wprost jego następcom i dynastii Piastów. Zmierzał on, prawdopodobnie poprzez związek z Judytą, drugą żoną Włady­sława, do względnie legalnego zagarnięcia tronu po śmierci nie­dołężnego księcia i podstępnym zamordowaniu obu jego synów, Zbigniewa i Bolesława. Młodzi książęta jednak zdołali uniknąć zasadzek i ostatecznie skłonili ojca do wygnania niebezpiecznego rywala wspólnymi siłami. Ale do tego czasu, od ok. 1100 r., Sie­ciech był istotnym władcą państwa. Jednym z najdobitniejszych wyrazów jego silnej pozycji i dalszych dążeń są bite przez niego denary, pierwsze i przez długi jeszcze okres jedyne pozaksiążęce monety polskie.

Znamy ich stosunkowo niewiele, bo zaledwie ok. 150, z czego ponad 120 pochodzi z olbrzymiego skarbu odkrytego w Słuszkowie pod Kaliszem. Monety te dzielą się na dwa typy, różniące się zasadniczo tylko stroną odwrotną, ponieważ na stronie głównej oba noszą ten sam rodzaj stempla: znak złożony z dwóch pałą­kowatych linii, połączonych pośrodku prostą kreską, dookoła któ­rego widnieje jedno tylko słowo ZETECH. Na stronie odwrotnej jeden typ posiada krzyż, wierną kopię z saskich denarów krzy­żowych, drugi zaś splot kresek, w których zazwyczaj upatruje się kryptogramu imienia księcia Władysława. Ten ostatni pogląd nie należy wprawdzie do pewników, ale dotychczas nie znaleziono lepszego objaśnienia dla zagadkowego stempla. W każdym więc razie imię książęce, jeśli w ogóle było respektowane na części monet Sieciecha, to w sposób tak zatajo­ny, iż nawet nieliczne wówczas osoby biegłe w czytaniu z trudem tylko mogłyby się go doszukać. Natomiast imię własne palatyna i znak złożony z dwóch połączonych pałąków, będący zapewne jego godłem, rzucają się w oczy. To też jest manifestacja wobec ówczesnego społeczeństwa, demonstrowanie praw należnych tyl­ko monarsze, ostatni chyba etap przed biciem monet z całkowi­tym tytułem książęcym. Czy denary te pełniły zarazem poważ­niejsze funkcje gospodarcze i czy przynosiły palatynowi bezpośredni zysk — trudno orzec. Wydaje się jednak, że nie względy ekonomiczne leżały u podstaw tej produkcji, wyłamującej się z norm ówczesnego mennictwa polskiego, będącego domeną wy­łącznych praw książęcych.

Nie sposób tu opisywać dalsze monety bite przez książąt pol­skich w XII stuleciu. Liczba ich stale wzrastała, zwiększała się też różnorodność ich typów. Za Bolesława Krzywoustego mamy cztery odmienne typy denarów, za Władysława II również cztery, za Bolesława Kędzierzawego co najmniej pięć; każdy z nich wy­stępował oczywiście w wielkiej ilości odmian. Za następnego władcy, Mieszka Starego, mennictwo polskie uległo zasadniczemu przekształceniu, gdyż obok denarów książę ten zaczął bić masowo monety brakteatowe, po części z napisami w alfabecie hebraj­skim, a więc wykonywane przez mincerzy żydowskich. Na razie zatrzymajmy się przez chwilę przy denarach z początków i z po­łowy XII w. Co najmniej trzynaście różnych typów, trzynaście różnych par wyobrażeń na stemplach i różnych napisów, to duży materiał źródłowy do dziejów nie tylko gospodarczych, ale także politycz­nych i kulturalnych tego okresu. Obok imion książąt i ich tytułów spotykamy tu po raz pierwszy nazwę jednostki monetarnej: DENARIVS, zamieszczoną na denarach Bolesława Krzywoustego. Za rządów tego władcy wkracza też na stemple imię Św. Wojciecha: SCS ADALBERTVS, przeważnie zresztą zniekształcone, powta­rzane także na wielu późniejszych monetach. Jest to wynik wskrzeszenia wtedy kultu św. Wojciecha i podniesienia go do rangi patrona całego państwa; dopiero w XIII w. miejsce tego świętego zajmie św. Stanisław. Stąd na ówczesnych denarach pojawiały się także wyobrażenia św. Wojciecha: popiersie bisku­pa z pastorałem i Ewangelią w rękach albo jego głowa, ujęta w kwadratową ramkę, obrazującą prawdopodobnie relikwiarz.

Inne stemple z owego okresu przedstawiają postacie książęce, jednego władcy, ale nieraz także dwóch i nawet trzech, zasia­dających wspólnie za stołem. To już czasy rozdrobnienia feudal­nego: na monetach widzimy dwóch, a później trzech synów Krzy­woustego, rządzących współcześnie w swych dzielnicach. Moneta wszakże pozostaje jeszcze wspólna; bito ją w jednej tylko menni­cy, prawdopodobnie krakowskiej. Na stemplach innych monet widnieje uzbrojony w miecz rycerz, walczący z lwem wspartym na tylnych łapach albo ze smokiem, któremu wbija włócznią w paszczę. To alegoria walki ze złem czy z grzechem, przejęta zresztą w takiej postaci dość wiernie z monet czeskich. Mniej bu­dujący jest rysunek na denarach Władysława II, po jednej stronie przedstawiający jakąś postać z wielkim mieczem, którym godzi w powalonego na ziemię przeciwnika, po drugiej zaś stronie orła z rozpostartymi skrzydłami, który wbija szpony w grzbiet kulą­cego się pod nim zająca. To już nie chrześcijańska alegoria zwy­cięstwa nad złem, ale jeden z symboli władzy, zaczerpnięty po­średnio z kultury antyku. Pomimo że opisane tu przed chwilą i inne jeszcze stemple de­narów polskich z XII w. mają częstokroć wyraźne, aktualne poli­tycznie treści, nie przywiązujmy do tego nadmiernego znaczenia. To już nie czasy Mieszka i Chrobrego, gdy bito „monetę dla stę­pia”. W XII stuleciu jest odwrotnie.

Ówczesne wyobrażenia na monetach, niezależnie od mniej lub bardziej programowej treści, pełniły przede wszystkim inną, bardziej prozaiczną rolę. Po pro­stu pozwalały na pierwszy rzut oka rozróżnić kolejne emisje, co było niezbędne w związku z tym, że książęta sięgali po naj­ważniejszy instrument ich gospodarki pieniężnej, czyli okresową wymianę monety, zapewniającą im czerpanie jak największego zysku z bieżącej produkcji menniczej. By prowadzić taką akcję, którą scharakteryzujemy bliżej w następnym rozdziale, należało co kilka lat, a potem nawet częściej, wypuszczać monety o zu­pełnie zmienionym stemplu. Niekiedy rytownikowi mogło za­braknąć inwencji, mógł sięgać po gotowe, obce wzory albo dawać rysunki zgoła pozbawione określonego programu. Bądźmy więc ostrożni przy ich interpretacji. Zresztą ówczesne denary są już tak małe (ważą często mniej niż pół grama), że najbardziej nawet istotna treść wyrażona przez napis lub rysunek niełatwo mogła przemówić do zwykłego użytkownika tych monet. Toteż gdy treść taką chciano szczególnie dobitnie zaakcentować, uciekano się do innych sposobów. Jakie to sposoby, możemy się przekonać badając brakteaty bite za panowania Bolesława Krzywoustego, należące do szeregu oso­bliwości polskiego mennietwa wczesnośredniowiecznego.

Nadmie­niliśmy już, że okres monety brakteatowej rozpoczyna się w Polsce dopiero za rządów Mieszka III, ok. 1175 r. Brakteaty z czasów Krzywoustego stanowią jednak wyjątek i nawet w skali europej­skiej należą do najwcześniejszych monet tego rodzaju. Ciężar ich odpowiada przeciętnym współczesnym denarom, wynosi średnio ok. 0,6 g, są one jednak wykonane z tak cienkiej blaszki, że śre­dnica ich jest znacznie większa niż denara, w przybliżeniu taka, jak dzisiejszej dwuzłotówki. Na krążku można więc już było umieścić przemawiające do widza, wyraźne i czytelne napisy i wyobrażenia, ale oczywiście bite tylko jednym stemplem, da­jącym, jak zwykle na brakteatach, obraz wypukły na stronie głównej, a wklęsły negatyw na odwrotnej. Znane są obecnie dwa typy tych wczesnych brakteatów; oba głoszą wspomniany już kult św. Wojciecha. Na pierwszym z nich widzimy całą postać świętego, w pełnym stroju biskupim, oto­czoną napisem SCS ADELBIRIAS EPS GNVH, co po rozwiązaniu łacińskich skrótów oznacza: Święty Wojciech biskup gnieźnieński. Tak, nie praski, lecz gnieźnieński! A więc oczywisty błąd. Ale czy przypadkowy? Wydaje się, że nie, że mamy tu do czynienia ze świadomym i celowym zniekształceniem rzeczywistości histo­rycznej. Brakteat ten powstał prawdopodobnie ok. 1133 r., w czasie gdy wskutek zabiegów i intryg arcybiskupa magdeburskiego Norber­ta samodzielność Kościoła polskiego i istnienie metropolii gnieź­nieńskiej zostały bardzo poważnie zagrożone. Książę i episkopat polski bronili się przed zakusami niemieckiego metropolity. Jed­nym ze środków obrony był właśnie ów brakteat, który kreując św. Wojciecha na biskupa gnieźnieńskiego, miał argumentować, może wobec wysłanników papieskich bawiących wtedy w Polsce, prawa Gniezna do niezależności kościelnej.

Pamiętajmy, że w owej epoce takie argumenty, wsparte autorytetem świętych, miały wielką wagę. Metropolia gnieźnieńska powstała wszak w 1000 r. rzeczywiście dzięki złożeniu tam zwłok św. Wojciecha, nietrudno więc było uwierzyć w wersję o jego stanowisku biskupa gnieź­nieńskiego, która zresztą potem przyjęła się dość powszechnie. Drugi typ podobnych brakteatów, bitych zapewne nieco póź­niej, może ok. 1135 r., przedstawia św. Wojciecha wznoszącego dłoń nad klęczącym przed nim księciem Bolesławem Krzywo­ustym. Napis w otoku określa tożsamość obu postaci. Zazwyczaj zabytek ten, znany w kilkunastu odmianach, bywa łączony z ak­tem pokuty Krzywoustego za zabójstwo przyrodniego brata Zbi­gniewa, odbytej w 1113 r.; stąd brakteat ów nosi w literaturze miano „pokutnego”. Jest to jednak ocena raczej mylna, gdyż przed 1130 r. techniki bicia brakteatów jeszcze w ogóle nie znano. Prawdopodobnie więc mamy tu znów manifestacją protekcji św. Wojciecha nad księciem i państwem polskim, podjętą może również z okazji zagrożenia Kościoła polskiego albo też w związku z hołdem, który Bolesław w 1135 r. musiał złożyć w Merseburgu cesarzowi Lotarowi II. Akcentując opiekę świętego patrona sta­rał się książę polski zneutralizować w opinii wewnętrznej, szcze­gólnie dworskiej lub kościelnej, wrażenie tej okresowej porażki. W każdym razie mamy tu znowu, po stu przeszło latach, mo­netę pojętą jako plakat polityczny i ideologiczny, jako środek propagowania określonego programu, rozpowszechniany w tysią­cach identycznych egzemplarzy.

Nie powiemy: ówczesna ulotka drukowana na krążkach z cienkiej blaszki srebrnej, bo to porów­nanie zbyt może jaskrawe. Ale przyznajmy, że był to najbardziej wtedy powszechny środek oddziaływania, niosący włożoną weń treść w najdalsze strony kraju i do stosunkowo najszerszych krę­gów społeczeństwa. Zatrzymaliśmy się przy wypadku nietypowym, przy ważnych, ale na pewno drugorzędnych funkcjach monet polskich z XII w. Teraz powróćmy raz jeszcze do bardziej zasadniczych kwestii rozwoju pieniądza, a więc do funkcji ekonomicznych najstarszych monet polskich. Dla ich rozpoznania należy najprzód przedstawić sposób i organizację samej produkcji menniczej; będzie to treścią następnego rozdziału.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.