Pieniądz wschodu i zachodu

Z kruszcowym pieniądzem średniowiecznym społeczeństwo polskie zaznajomiło się w sposób dość osobliwy: za pośrednic­twem srebrnej monety muzułmańskiej. Zanim pod koniec X w. pojawiły się pierwsze emisje polskie, zanim przeniknęły do na­szego kraju monety najbliższych sąsiadów, dotarł tu — i to w ogromnych ilościach — pieniądz arabski, bity w odległych mennicach azjatyckich i afrykańskich. Prawie przez dwa stule­cia, od pierwszej połowy IX do drugiej połowy X w., napływał on i krążył po ziemiach polskich jako niemal jedyny rodzaj monety znanej i użytkowanej. Podobnie zresztą było na Rusi, w Skandy­nawii i na Połabiu. W samej tylko Polsce znamy dziś ok. 30 000 monet arabskich, po­chodzących z ok. 260 znalezisk, podczas gdy w całej Europie pół­nocnej i wschodniej znalezisk takich naliczono ok. 1400, a monet w przybliżeniu ok. 200 000.

Nic więc dziwnego, że moneta arabska odegrała rolę fundamentu w rozwoju naszej gospodarki pie­niężnej. Aby zrozumieć przyczyny i warunki tego napływu oraz co on wnosił do życia ekonomicznego ziem polskich, trzeba poznać w głównych zarysach dzieje pieniądza arabskiego w jego własnej ojczyźnie. Ojczyzną tą były olbrzymie obszary ówczesnego świa­ta muzułmańskiego. Obejmowały one już w IX w., po uprzednich, błyskawicznych niemal i niepowstrzymanych podbojach Arabów, Bliski Wschód i Azję Środkową aż po dzisiejszy Iran i Turkiestan włącznie oraz Egipt i Afrykę północną po Maroko, a nadto, po­przez Gibraltar prawie cały Półwysep Iberyjski, czyli niemal całą obecną Hiszpanię i Portugalię. Dopiero krwawa bitwa pod Poitiers w 732 r. położyła kres dalszemu poszerzaniu się zdoby­czy arabskich w Europie zachodniej. Od 750 r. ten gigantyczny obszar znajdujący się pod panowaniem wyznawców Mahometa dzielił się na dwie odrębne części, zwane kalifatami, rządzone przez kalifów, mieniących się następ­cami proroka. Część wschodnia, w której władzę sprawowali kali­fowie z dynastii Abbasydów, miała swą stolicę w Bagdadzie, nad brzegami Tygrysu, zwanym w języku arabskim „Miastem Poko­ju” („Madinat asSalam”); kalifowie zachodni, z dynastii Umajjadów, rezydowali w Kordobie, w południowej Hiszpanii.

Z bie­giem lat zwierzchnia władza kalifów stawała się coraz bardziej nominalna, a na podległych im obszarach tworzyły się, faktycznie niezależne, państwa lokalnych dynastów. Dla dziejów gospodar­czych Polski i krajów sąsiednich bezpośrednie znaczenie mają przede wszystkim wczesnośredniowieczne monety bite na zie­miach kalifatu wschodniego. Militarnej i politycznej ekspansji muzułmanów w VII i VIII w. towarzyszył bujny rozkwit życia gospodarczego i kulturalnego, który wkrótce wyniósł kraje arabskie do rzędu najwyżej pod tym względem rozwiniętej części ówczesnego świata. Główne ośrodki polityczne krajów arabskich, zwłaszcza sam Bagdad, stały się też wielkimi centrami produkcji i handlu. Wymiana między odległy­mi o setki i tysiące kilometrów częściami ziem muzułmańskich, kontakty nawiązane z dalekimi krajami, od Europy zachodniej i północnej po Afrykę środkową, Indie i Chiny, a w znacznym stopniu także potrzeby wysoko zorganizowanych rynków we­wnętrznych — wymagały utworzenia w świecie arabskim wła­snego, jednolitego systemu pieniężnego.

Utworzenie go było o tyle ułatwione, że Arabowie opanowali i eksploatowali, szcze­gólnie w Iranie, Armenii i Azji Środkowej, bogate złoża srebra; zagarnęli w podbitych krajach, zwłaszcza w Egipcie, Syrii i Iranie, olbrzymie rezerwy kruszców szlachetnych, przechowywanych w skarbcach państwowych i kościelnych, a nawet w’grobowcach faraonów; wreszcie zawładnęli głównymi arteriami handlu zło­tem, dowożonym przede wszystkim z Sudanu. Dysponując tą kolosalną bazą kruszcową, mogli przystąpić z powodzeniem do organizowania rynku pieniężnego na miarę własnych potrzeb. Toteż już pod koniec VII w., a więc w niespełna 80 lat od tzw. Hidżry, czyli ucieczki Mahometa z Mekki do Medyny, zapoczątko­wującej w 622 r. n.e. odrębną erę muzułmańską, zarazem okres wielkich podbojów, władcy arabscy podjęli dzieło tworzenia własnego pieniądza. Dotychczas bowiem w krajach mahometańskich użytkowano dawniejsze lub obce monety, głównie bizantyjskie i perskie, lub bito ich naśladownictwa. Ok. 696 r. kalif AbdalMalek przeprowadził w swym państwie zasadniczą reformę sto­sunków pieniężnych, która przyniosła nowy typ monet.

Nawiązy­wały one wprawdzie po części do bizantyjskiego systemu wago­wego i określane były nazwami przejętymi ze słownictwa greckiego oraz łacińskiego, ale miały już zupełnie inny wygląd i opierały się na odmiennym, własnym układzie jednostek pieniężnych. Nowy system pieniężny świata muzułmańskiego był, podobnie jak w Bizancjum, typu bimetalicznego, tj. polegał na współobiegu dwu kruszców szlachetnych, złota i srebra. Ponadto, głów­nie w drobniejszych transakcjach, używano również miedzi albo brązu. Pod tym zasadniczym względem Bizancjum i świat mu­zułmański stanowiły nadal, i przez długi jeszcze okres, wielką strefę rynku bimetalicznego, przeciwstawną opartemu tylko na monecie srebrnej monometalicznemu rynkowi pieniężnemu pra­wie wszystkich pozostałych krajów Europy wczesnośredniowiecz­nej. Także waga zasadniczych muzułmańskich jednostek mone­tarnych była w zasadzie zbieżna lub zbliżona do bizantyjskich i przewyższała znacznie wagę monet używanych w Europie łacińskiej. Podstawową monetę złotą w zreformowanym systemie pienią­dza arabskiego stanowił dinar. Oprócz nazwy, zapożyczonej z ła­cińskiego terminu „denarius”, moneta ta nie miała nic wspól­nego ze srebrnym denarem europejskim. Ciężarem swym, wyno­szącym początkowo 4,25 g, nawiązywał dinar wyraźnie do ciężaru współczesnych mu złotych monet bizantyjskich, solidów, potocz­nie zwanych bizantami.

Odegrał bardzo znaczną rolę na rynkach muzułmańskich i śródziemnomorskich, penetrował też do Euro­py zachodniej. W Polsce, ani w innych krajach strefy nadbałtyckiej, dinar niemal w ogóle się nie pojawił. Być może Wzajemny stosunek wartości złota i srebra kształtował się tam w sposób mniej dla niego korzystny aniżeli na rynkach Wschodu i stąd jego wywóz na północ był mniej opłacalny od wywozu monety srebrnej. Za­pewne również działały tu względy podobne do tych, o których wspomnieliśmy już mówiąc o rzymskiej monecie złotej: zbyt duża wartość poszczególnych jednostek pieniężnych w stosunku do potrzeb rynku wewnętrznego Słowiańszczyzny. Srebrna moneta arabska, ta właśnie, która w tak dużej ilości docierała na nasze ziemie, nosiła nazwę dirhema, przejętą za po­średnictwem perskim od greckiej drachmy. Dirhem, bity w myśl postanowień reformy AbdalMaleka i dlatego zwany „legalnym”, miał ważyć 2,97 g i przedstawiać wartość dziesiątej części złotego dinara. Jednakże często, zwłaszcza W latach późniejszych, rze­czywisty ciężar dirhemów ulegał znacznym wahaniom. Na ogół wzrastał do 3,5, a nawet 4,0—4,5 g. Spotyka się nawet takie, wy­jątkowe zresztą okazy, które ważyły ok. 7 czy 8 g lub jeszcze więcej. Trzecim rodzajem monet muzułmańskich były miedziane felsy, o nazwie też zapożyczonej z łaciny („follis” — worek, a także określenie drobnej monety), mające początkowo wartość 1/is dir­hema „legalnego”. Pospolite na Wschodzie, ale mało użyteczne w wielkim handlu, nie docierały na ziemie polskie, pozostające w sferze wyłącznych wpływów srebrnego dirhema.

Wspólną cechę wszystkich monet muzułmańskich, złotych, srebrnych i miedzianych, odróżniającą je już od pierwszego wej­rzenia od innych emisji średniowiecznych, stanowi charaktery­styczny wygląd ich stempla, posiadającego tylko napisy, a pozba­wionego wyobrażeń plastycznych. Jest to skutek surowych reguł Koranu, zabraniającego wiernym rysowania lub odtwarzania w inny sposób postaci ludzkich i zwierzęcych. Fragmenty tekstu Koranu wypełniają też większą część owych napisów na mone­tach. A są to napisy wyjątkowo obszerne jak na inskrypcje mo­netarne. Pismo arabskie, zwane kufickim od nazwy miasta alKufa, pokrywa splotem wijących się kresek i punktów prawie całe powierzchnie obu stron każdej monety, przeważnie w kilku koncentrycznie ułożonych wierszach. Pośrodku strony głównej znajduje się zawsze muzułmańskie wyznanie wiary: „Nie ma boga oprócz Allacha jedynego. Nie ma on towarzysza”, na innych zaś miejscach widnieją różne wersety zaczerpnięte z Koranu, nie­kiedy nader obszerne, jak np. „Muhammad [Mahomet] jest po­słańcem Allacha. Posłał go on z kierownictwem i prawdziwą wiarą, aby on mógł ją uczynić zwycięską nad wszystkimi [innymi] religiami, chociażby nawet sprzeciwiali się [temu] bałwochwalcy”. Ponadto, obok innych jeszcze ustępów o treści religijnej, każda moneta posiada napis: ,,W imię Allacha. Dirhem ten wybito w [tu nazwa miejscowości] w roku [tu data, podana oczywiście w latach liczonych od Hidżry]”; dalej zaś, w oprawie innych jeszcze formuł wymienione jest imię kalifa, za panowania którego moneta zo­stała wybita, imię emira rządzącego prowincją, niekiedy też imię urzędnika zawiadującego mennicą.

W ten sposób cała metryka każdej monety wypisana jest na niej w sposób jednoznaczny. Toteż bez trudu można ustalić jej pochodzenie, pod tym wszakże warunkiem, iż …nieźle się zna pismo kufickie. Że zaś znajomość ta nie jest u nas zbyt rozpowszechniona, znajdowane monety arab­skie określane bywają niekiedy jako „stare pieniądze żydowskie”, „blaszki pokryte niezrozumiałymi napisami”, a nawet trafiają się wersje i o diabelskim ich pochodzeniu. Te obszerne napisy, rozpoznane oczywiście nie bez pomocy biegłych orientalistów, pozwoliły określić, z jakich lat i z jakich mennic pochodzą odnajdywane u nas dirhemy. Okazało się, że w Polsce i krajach nadbałtyckich pojawiały się niekiedy monety już z pierwszych lat po reformie AbdalMaleka, a więc z samego końca VII w. Nieco liczniej docierały tu monety z początków i z połowy następnego stulecia, a od schyłku VIII w. i początków IX już stosunkowo często. Dopiero jednak pod koniec IX w. i w pierwszej połowie X napływ ich stał się istotnie masowy, po czym, w latach 960—980, dość nagle ustał. Dirhemy bite u schył­ku stulecia są już bardzo rzadkie na naszych terenach, a pocho­dzące z pierwszych lat XI w. należą do zupełnych wyjątków. Nie ze wszystkich też części świata muzułmańskiego monety napływały do nas równocześnie i nie w jednakowej ilości. Wśród ok. 100 rozpoznanych mennic arabskich, z których pochodzą zna­lezione w Polsce dirhemy, nie ma prawie zupełnie warsztatów czynnych na obszarze Hiszpanii.

Mennice północnoafrykańskie reprezentowane są dość często, ale bite w nich dirhemy datują się przeważnie z okresu stosunkowo wczesnego, bo z VIII i po­czątków IX w., późniejsze zaś należą do rzadkości. Bardzo liczne natomiast, i to niemal we wszystkich latach napływu monety arabskiej, a zwłaszcza do początku X w., są emisje z centralnych części kalifatu wschodniego, szczególnie z samego Bagdadu oraz pobliskich mu mennic, jak alBasra, alKufa, Wasit, Isbahan, alMuhammadija i inne leżące na obszarze Iraku oraz zachod­niego Iranu. Od końca IX w. jednak również drugi wielki obszar wysyłał na północ niezliczone dirhemy. Było to terytorium środkowoazjatyckie, leżące na południe i wschód od Jeziora Aralskiego, na ziemiach późniejszego Turkiestanu, Kazachstanu i północnego Iranu. W owej odległej prowincji kalifatu powstało niezależne państwo muzułmańskie, rządzone przez dynastię Samanidów; ich to właśnie monety należą do najpospolitszych w znaleziskach polskich z pierwszej połowy X w. Olbrzymie kopalnie srebra, którymi Samanidzi dysponowali, pozwoliły im na zorganizowanie produkcji menniczej w wielu miejscowościach, a zwłaszcza w Samarkandzie, Bucharze i aszSzasz, poprzedniku dzisiejszego Taszkentu. Znaczna część tej wydajnej produkcji była przezna­czona właśnie na potrzeby rozwijającego się coraz żywiej handlu z Europą wschodnią i północną, sięgającego i na ziemie polskie.

Początek tej wymiany nie jest jednak współczesny najdawniej­szym monetom arabskim znanym z naszych znalezisk, a bitym już od przełomu VII i VIII stulecia. Najbardziej bowiem wiekowe ich egzemplarze dotarły do nas z dość znacznym opóźnieniem, kiedy miały za sobą co najmniej 100 lat pracowitej egzystencji na macierzystych rynkach muzułmańskich. Jest nawet prawdo­podobne, że z chwilą gdy Arabowie nawiązali kontakty handlowe z ziemiami słowiańskimi, posłużyli się w nich przede wszystkim owymi monetami starszymi, wypychając je niejako w pierwszej kolejności do krajów, dla których rodzaj widniejących na nich stempli był sprawą w wysokim stopniu obojętną. W podobny spo­sób zostały wykorzystane nawet jeszcze starsze srebrne monety perskie, bite w Iranie przed podbojem muzułmańskim przez wład­ców z dynastii Sassanidów, w IV—VII w. n. e., a obecnie wysy­łane wraz z dirhemami na północ, zresztą w niewielkich już ilo­ściach. Także dirhemy z mennic północnoafrykańskich, wybijane w VIII i IX stuleciu, dotarły do nas może dopiero pod koniec IX w., po długiej wędrówce okrężnej przez rynki Bliskiego i Środ­kowego Wschodu, z których następnie zostały ściągnięte przez kupców trudniących się wymianą z krajami słowiańskimi. W każdym razie na okres nie wcześniejszy niż pierwsza poło­wa IX w. przypada początek tej wymiany. Sięgnęła ona najprzód przez obszary nadwołżańskie na Ruś, a stamtąd wkrótce nad Bał­tyk, m. in. na wybrzeża pruskie, pomorskie i połabskie oraz do Skandynawii. Tą daleką i okrężną drogą, wbrew pozorom — od strony północnej, dostała się do Polski większa część monet arab­skich.

Z Pomorza i Prus rozprzestrzeniały się one następnie dalej, na Wielkopolskę, Kujawy, Mazowsze, a nawet na Dolny Śląsk. Drugi kanał dopływu dirhemów na ziemie polskie, jak się zdaje mniej wydajny i czynny głównie w drugiej połowie IX i na po­czątku X w., stanowił szlak lądowy, wiodący od Morza Kaspijskie­go przez stepy południowej Rusi i Kijów na Wołyń, lub kierujacy się rzekami, Dnieprem i Prypecią, do Bugu i dalej do wscho­dniej Małopolski lub na Podlasie i Mazowsze. Nie stwierdzono natomiast żadnego dopływu monet arabskich od zachodu, z muzułmańskiej Hiszpanii przez Francję, Niemcy i Czechy, aczkolwiek wiadomo skądinąd, że w okresie tym istniał wielki szlak handlowy, niejako transeuropejski, łączący ziemie kalifatu zachodniego z krajami arabskimi nad Morzem Kaspij­skim. Magistrala ta, wykorzystywana m. in. przez kupców żydow­skich, przecinała południową Polskę wzdłuż linii Praga—Kra­ków—Przemyśl—Kijów. Na szlaku, którym biegła, nie ma jed­nak większego osadu dirhemów, a w żadnym wypadku nie przy­wędrowały one od strony zachodniej. Wymiana odbywała się tu widocznie na innych zasadach, bez użycia pieniądza srebrnego, w pewnym zaś stopniu mogła mieć na odcinku polskim charakter wyłącznie tranzytowy. Znajdywane nad Bałtykiem dirhemy nie świadczą bynajmniej, że aż tutaj docierali z nimi kupcy muzułmańscy.

Być może w nie­których wypadkach, na pewno rzadkich, istotnie tak się zdarzało. Ale ogromna większość monet arabskich odbyła swą podróż w sakwach pośredników. Przekazywali oni sobie monety kolejno z rąk do rąk, przenosząc je na coraz dalsze targowiska. Handel ten miał charakter wymiany etapowej, w której brali udział i z której ciągnęli zyski kupcy krajów leżących po drodze. Szczególnie tutaj czynnymi pośrednikami okazali się żyjący na północnym skraju świata arabskiego Chwarezmijczycy, czyli mieszkańcy niewielkiego kraju Chwarezmu (Chorezmu), położo­nego nad brzegami Jeziora Aralskiego. Chwarezm był jedną z głównych bram wiodących z ziem muzułmańskich do Europy wschodniej, dzięki czemu Chwarezmijczycy mogli penetrować daleko tak na południe, jak i na północ. Pojawiali się często na Rusi, a niekiedy nawet jeszcze dalej. M. in. odkryto ślady ich działalności na Węgrzech, gdzie zresztą liczba znalezisk monet arabskich nie jest szczególnie wielka.

Drugim obok Chwarezmu ważnym terenem, przez który pły­nęła znaczna część monet arabskich, był mały, także położony ,,na szlaku” kraj Bułgarów Nadwołżańskich, siedzących nad dolną Kamą i środkową Wołgą w okolicach dzisiejszego Kazania. W miejscu tym świat muzułmański, do którego Bułgarzy należeli od czasu przyjęcia islamu w początkach X w., stykał się bez­pośrednio ze światem słowiańskim. Kupcy arabscy, ciągnący ka­rawanami przez stepy naduralskie albo płynący statkami przez Morze Kaspijskie i Wołgę, wymieniali tu swe dirhemy na towary przywożone do Bułgaru z wielkich nizin Europy wschodniej, od Morza Białego po Bałtyk. Ośrodek ten to jedno z największych targowisk ówczesnej Europy. Jego mieszkańcy, nie bez powodu zwani niekiedy w źródłach „Bułgarami Srebrnymi”, w odróżnie­niu od innych grup tego ludu turskiego, żyjących na stepach czar­nomorskich i wdzierających się na Bałkany, pośredniczyli w wy­mianie, przejmowali srebro arabskie i przekazywali je kupcom ruskim, ciągnąc niemałe korzyści. Szczególna, okresowa koniunk­tura, którą ich kraj zawdzięczał owemu wielkiemu handlowi, sprawiła, że w X w. poczęli bić własne monety, imitujące wiernie dirhemy, i użytkować je w tej wymianie. Dużo takich naśladownictw odkryto wraz z monetami arabskimi w znaleziskach ruskich, a także nad Bałtykiem i w Polsce.

Są one jednym z bezpośrednich wyznaczników drogi, którą płynęło srebro arabskie, i świadectwem etapowej formy jego wędrówki. Dalszy etap to rynki Rusi północnej, a w pewnym stopniu i Ki­jów, mający zresztą bardziej bezpośrednie powiązania ze Wscho­dem także przez stepy nadczarnomorskie i Itil, wielkie targowisko u ujść Wołgi w pobliżu dzisiejszego Astrachania. Na Rusi, która dostarczała licznych towarów wymiennych, więzła też znaczna część tego srebra. Znamy dziś stamtąd ok. 250 znalezisk dirhe­mów, m. in. kilka skarbów, z których każdy zawiera ponad 10 000 monet. Największy z nich, odkryty w pobliżu ujścia rzeki Wołchow do jeziora Ładogi, miał ważyć ok. 115 kg, inny, odkryty w okolicy Wielkich Łuków — ok. 100 kg. Tak znacznych depozy­tów monet wczesnośredniowiecznych nie napotkano dotąd w żad­nym innym kraju. 10 000 dirhemów, a więc ok. 30 kg srebra, stanowiło kwotę bar­dzo znaczną, ale nie wyjątkową w praktyce ówczesnego handlu. Jeden z pisarzy arabskich, Ibn Fadlan, który w początkach X w. bawił z poselstwem w nadwołżańskim Bułgarze, wspomina, że kupcy ruscy po zgromadzeniu takiej właśnie kwoty zwykli byli ofiarowywać swym żonom naszyjniki.

Wzmianka ta ma znacze­nie nie tylko jako ładny przykład z dziedziny ówczesnej obyczajowości lub jako świadectwo skali owej wymiany. Wiąże się ona z jeszcze jednym ważnym zjawiskiem: 10 000 dirhemów to duża suma, którą kopiec stopniowo gromadził; składały się na nią zyski osiągnięte w toku wielu drobniejszych transakcji, po licznych po­dróżach i zabiegach. Tak samo powstawały mniejsze lub większe skarby znane ze znalezisk. Nie trzeba w skarbie widzieć koniecznie rezultatu jednego tylko aktu kupnasprzedaży, lecz raczej wynik stopniowej kumulacji wartości przez jego właściciela. Stąd, pomijając oczywiście wy­padki wyjątkowe, znaleziska takie znaczą nie tylko drogę bez­pośrednich, wielkich transakcji, dokonywanych w handlu daleko­siężnym, ile obszary, na których raz dowieziony pieniądz pozo­stawał w dalszym obiegu wśród ludności miejscowej. Skupiał się on w określonych zespołach w rękach osób posiadających odpo­wiednie po temu warunki, o czym obszerniej opowiemy w na­stępnych rozdziałach. Część monet arabskich, która nie uwięzła na rynkach ruskich, kierowała się dalej ku zachodowi.

Osiągnąwszy rejon Zatoki Fiń­skiej, wybrzeża estońskie i łotewskie, dalszą drogę odbywała na pokładach statków żeglujących po Bałtyku. Szczególnie czynni byli tu kupcy skandynawscy, uprawiający niejednokrotnie także rozbój. Zapuszczali się oni również, wodą i lądem, w głąb ziem ruskich, gdzie zwano ich Waregami. Przenieśli oni niezliczone ilości dirhemów do Szwecji i Danii, skąd drobna ich część dostała się na Wyspy Brytyjskie, a nawet do Islandii. Ale najwięcej monet arabskich trafiło na wyspę Gotlandię, sta­nowiącą węzłowy punkt komunikacyjny strefy nadbałtyckiej. Tu, na obszarze niespełna 3000 km2, a więc przeszło 100 razy mniej­szym niż terytorium dzisiejszej Polski, odkryto ponad 350 znale­zisk dirhemów, o łącznej liczbie kilkudziesięciu tysięcy ich egzem­plarzy, nie licząc innych monet i wyrobów ze srebra. Gotlandia, jako obszar koncentracji wczesnośredniowiecznych zabytków srebrnych nieporównywalna z żadnym innym terenem, bywa określana mianem „skarbca Skandynawów”, co jest o tyle słuszne, że znaczna część tych przedmiotów na niej kończyła swą wę­drówkę. W każdym bądź razie nie ma dostatecznych podstaw do przy­puszczania, jak to czynią niektórzy badacze, że monety arabskie odnajdywane w Polsce przybyły do nas właśnie drogą wiodącą przez Gotlandię lub inne ziemie skandynawskie.

Raczej należy sądzić, iż napływały one bezpośrednio ze wschodnich wybrzeży Bałtyku. Docierały przede wszystkim do głównych portów połabskich, pomorskich i pruskich, jak Stara Lubeka, Roztoka i mo­że kilka innych na wybrzeżu połabskim oraz Wolin u ujść Odry, Kołobrzeg, Gdańsk, a wcześniej pruskie Truso w pobliżu obec­nego Elbląga. Istotnie też w okolicach tych miejscowości, zwłasz­cza Wolina i Gdańska, odkryto największe skupiska znalezisk mo­net arabskich. Ale trafiają się one nie tylko tutaj; jak już wspo­minaliśmy, skarby i pojedyncze dirhemy rozsiane są po całej Polsce północnej i zachodniej, co wskazuje, że mniej lub bardziej pośredni udział w omawianym tu handlu miała ludność większej części naszego kraju. Jednakże na pewno mało kto zdawał sobie wówczas sprawę, z jak dalekich krajów pochodzą te monety, jak się nazywają i na jakich podstawach gospodarczych opiera się w istocie ów handel. Dotychczas nie wiemy, jaką nazwą mieszkańcy Polski określali srebrne dirhemy, bo nie zanotowało tego żadne źródło pisane. Wiemy natomiast, że na Rusi dla monet tych utarło się określe­nie „kuna”, przeniesione zresztą jako nazwa jednostki pieniężnej na każdą postać srebra o wadze ok. 2,7 g. Nie jest to nazwa przy­padkowa. Wykształciła się ona w wyniku długotrwałej i rozpo­wszechnionej praktyki, w toku której za futerko kunie, jeden z najpospolitszych artykułów wymiany, płacono jednego dirhe­ma.

W X stuleciu, gdy na Ruś poczęły napływać dirhemy nieco cięższe, wagi ok. 3,4 g, przyjęto dla nich określenie „nogatą”, zaczerpnięte już ze słownika arabskiego, w którym czasownik „nakada” znaczy tyle, co sortować pieniądze, wybierać dobre sztuki. Nieco później pojawiło się też określenie „rezana”, ozna­czające jednostkę pieniężną równą połowie „kuny”, a powstałe stąd, że dirhemy rozcinano lub odpowiednio obrzynano w celu uzyskania drobniejszych jednostek. Te i inne jeszcze jednostki składały się na rozwinięty system pieniężny Rusi wczesnośre­dniowiecznej, którego podstawą była duża jednostka wagowa zwana grzywną, pochodząca również ze Wschodu, o czym będzie­my jeszcze mówili obszerniej. Na razie zatrzymajmy się przy określeniu „kuna”, nawiązującym bezpośrednio do dziejów wy­miany wewnętrznej i wielkiego handlu orientalnego. W źródłach arabskich i ruskich notowane sę rozmaite rodzaje futer, stanowiących jeden z głównych artykułów ówczesnego handlu. Towar ten był poszukiwany na rynkach świata muzuł­mańskiego, gdzie osiągał niekiedy bardzo wysokie ceny. Wiemy np., że za futro czarnego lisa płacono na Wschodzie aż 100 zło­tych dinarów, a za futerko gronostaja, co prawda na odległych rynkach indyjskich, olbrzymią kwotę 250 złotych dinarów. Są to jednak wypadki wyjątkowe, bo w grę wchodzą futra szczególnie rzadkie. Ale i cena pospolitej kuny rosła w miarę przewożenia jej coraz dalej ku wschodowi.

Jeśli na Rusi wartość jej była rów­na początkowo jednemu dirhemowi, to już w Bułgarze Nadwołżańskim, jak wiemy ze źródeł arabskich, płacono za nią 2 lub 2,5 dirhema, a na ziemiach kalifatu na pewno jeszcze więcej. Ten stopniowy wzrost ceny towaru jest oczywistym skutkiem wliczania w nią kosztów podróży, opłat pobieranych od kupców w krajach leżących po drodze, jak np. przez chaganów chazarskich, władających stepami nadczarnomorskimi i kontrolujących szlaki w rejonie dolnej Wołgi; mieści się w niej również cena trudu i ryzyka, a przede wszystkim sam zysk każdego z pośredników i uczestników handlu. Nie wiemy dokładniej, jak kształ­towały się ceny innych towarów wywożonych z Europy w zamian za dirhemy, tj. wosku i miodu, bursztynu znad brzegów bałtyc­kich i kłów morsa znad Morza Białego, mających podobne zasto­sowanie jak kość słoniowa. Zachowała się natomiast garść danych o najważniejszym bodaj rodzaju towaru, przynoszącym też kup­com najznaczniejsze zyski: o wywożonych na Wschód niewol­nikach. Handel niewolnikami stanowił proceder rozpowszechniony w ca­łej prawie Europie wczesnośredniowiecznej, ale głównym ich od­biorcą był świat muzułmański, na Wschodzie i na Zachodzie.

Po­mimo zastrzeżeń ze strony Kościoła nawet w krajach od dawna chrześcijańskich istniały wielkie ośrodki tego handlu, jak np. Praga, Ratyzbona, a zwłaszcza Verdun. Do Verdun sprowadzano w IX i X w. setki niewolników z różnych krajów, wśród nich tak­że słowiańskich, tam ich kastrowano i jako wysokowartościowy towar sprzedawano dalej, do muzułmańskiej Hiszpanii i Afryki północnej. Z Polski jednak, z ziem nadbałtyckich i ruskich nie­wolnicy wędrowali przede wszystkim opisaną już drogę na Wschód. Cena jednego niewolnika na Rusi wynosiła ok. 100 dirhemów; w Polsce, położonej jeszcze dalej od ziem arabskich, musiała być niższa, stanowiła zapewne kilkadziesiąt dirhemów. W kalifacie natomiast osiągała kwotę ok. 300 dirhemów lub nawet wyższą. Oczywiście cena ta zależała w znacznym stopniu również od zalet niewolnika: jego zdolności do pracy i umiejętności. Niewolnice były z reguły droższe, podobnie jak kastraci, a znajomość rze­miosła, tańca czy śpiewu podnosiła jeszcze ich wartość. Na Wscho­dzie w niektórych wypadkach płacono za niewolnika nawet grube tysiące dirhemów, prawdopodobnie jednak cen tych nie osiągali niewolnicy słowiańscy.

W każdym razie różnica między cenami na rynkach Słowiańszczyzny a cenami na rynkach Wschodu mu­siała być szczególnie znaczna, gdyż obok wymienionych już oko­liczności składały się na nią koszty żywienia niewolników w dro­dze, a nadto ryzyko chorób, śmierci lub ucieczki. Pomimo tych utrudnień liczba Słowian sprowadzanych na Wschód była bardzo pokaźna. Wzmiankuje o nich wiele źródeł arabskich, określając ich mianem „Sakaliba”, tj. Słowianie. Przytoczone tu ceny dają orientacyjną miarę wartości odnaj­dywanych u nas skarbów monet arabskich, a jednocześnie miarę zysków ciągnionych z tego handlu przez świat muzułmański. Prze­ciętny skarb, o wadze ok. 1lz kg, a więc złożony z ok. 150 dirhe­mów, stanowił wartość jakichś 2 niewolników, największe zaś na ziemiach polskich znaleziska, o wadze ok. 10 kg, odpowiadałyby w przybliżeniu wartości 40 niewolników. Oczywiście jednak jest to tylko rachunek dla naszych potrzeb, z którego nie wynika, by znane nam znaleziska były rezultatem takich właśnie transakcji; chodzi tu wyłącznie o ogólną charakterystykę omawianego handlu. Jest rzeczą znamienną, że wymiana pomiędzy Słowiańszczyzną a światem arabskim była w zasadzie jednostronna.

Za wspomnia­ne na poprzednich stronach towary, a może i inne jeszcze, Sło­wiańszczyzna otrzymywała prawie wyłącznie srebro, aczkolwiek kraje muzułmańskie mogły dostarczać najróżnorodniejsze wy­twory własnego rzemiosła i płody ziem południowych. W Europie zachodniej, zwłaszcza na obszarach państwa karolińskiego, które pozostawały również w ożywionych kontaktach handlowych z Arabami, wymiana ze światem muzułmańskim kształtowała się inaczej. Sprowadzano tam ze Wschodu cenne tkaniny, broń wy­sokiej jakości, różne pachnidła, korzenie i przyprawy stołowe, płacąc za nie zarówno własnymi produktami, jak też pieniądzem, zwłaszcza złotem, które w wyniku tych transakcji płynęło stale z Zachodu na Wschód. Natomiast liczba monet arabskich, szcze­gólnie dirhemów, jest w znaleziskach na terenie Europy zacho­dniej znikoma. Różnica ta wynika w znacznym stopniu z różnicy między struk­turą społeczną na ziemiach słowiańskich a strukturą społeczną krajów zachodnioeuropejskich w początkowych latach wczesnego średniowiecza.

Tam zdążyła się już wytworzyć liczna i silna gru­pa feudałów, będąca głównym odbiorcą tych artykułów wysokiej jakości lub przedmiotów zbytku, których nie mogła im dostarczyć miejscowa produkcja rzemieślnicza i rolna. Zapotrzebowanie na takie towary stanowiło podstawę owej wymiany, handlu arty­kułami luksusowymi, tak typowego dla dalekosiężnej wymiany wczesnośredniowiecznej. W Polsce jednak, gdzie proces rozwoju społeczeństwa feudalnego postępował wolniejszymi krokami, za­potrzebowanie na artykuły zbytku było jeszcze bardzo niewielkie w okresie natężenia handlu wschodniego. Mamy wprawdzie z osad wczesnośredniowiecznych prócz monet pewną liczbę innych za­bytków archeologicznych, których pochodzenie ze Wschodu jest nader prawdopodobne, są to jednak wypadki wyjątkowe, w żad­nej mierze nie charakteryzujące całokształtu owej wymiany.

Nie zapotrzebowanie ziem słowiańskich na artykuły orientalne było motorem handlu między Słowiańszczyzną a arabskim Wschodem, lecz przeciwnie: popyt rynku wschodniego na artykuły z północy i, oczywiście, ich podaż na rynkach słowiańskich, W każdym bądź razie stroną aktywną, organizującą tę wymianę i szukającą kon­taktów był świat muzułmański, który też ciągnął z niej olbrzy­mie zyski. Nie ulegając złudzeniu, które może się zrodzić z faktu odkrycia wielkich ilości srebra arabskiego nad Bałtykiem, wypada stwier­dzić, że są one świadectwem pewnej eksploatacji gospodarczej tych ziem przez muzułmanów. Ceny zakupywanych tu towarów kształtowały się w wyniku jednostronnych tylko przesłanek, któ­rych punkt wyjściowy stanowiła cena dyktowana przez rynek arabski, obfitujący w towary, dostarczane z różnych źródeł. Od tej dopiero ceny kupcy trudniący się handlem ze Słowiańszczyzną odliczali kolejno wszystkie koszty własne i swój zysk, dochodząc wreszcie do ceny, którą skłonni byli zaofiarować na rynku podaży. Gdyby Słowianie zażądali ceny wyższej, handel z nimi przestałby się już Arabom opłacać i musiałby ustać. Widocznie jednak mieszkańcy północy zgadzali się na dyktat Wschodu, a Wschód w pełni korzystał z istniejącej sytuacji.

Kupcy arabscy posługiwali się w wymianie ze Słowiańszczyzną nie tylko srebrnymi dirhemami, ale także paciorkami szklanymi, fabrykowanymi masowo szczególnie w Egipcie i Syrii. Paciorki te, wykonane przeważnie z zielonego szkliwa, stosunkowo naj­łatwiejszego do obróbki, sprzedawali tu za cenę równą jednemu dirhemowi, a więc wielokrotnie wyższą niż na ziemiach Wschodu. Słowianie przyjmowali paciorki jako ozdobę, nosili je następnie w naszyjnikach, a być może posługiwali się też nimi jako jednym z rodzajów pieniądza. Sytuacja ta przypomina żywo nowożytny handel różnymi błyskotkami, prowadzony przez Europejczyków w koloniach. Widocznie jednak ów proceder, zwielokrotniający zyski muzułmanów, można było uprawiać tylko w dość ograni­czonym stopniu, gdyż liczba znanych dziś ze znalezisk paciorków arabskich ustępuje zdecydowanie liczbie srebrnych dirhemów.

Nie tworzą też one nigdy większych skarbów, które by świadczy­ły, że ludność traktowała je jako uznany środek przechowywania wartości. Konsekwencją poziomu cen narzuconego przez stronę arabską była oczywiście odpowiednio wysoka wartość względna, a zatem i siła nabywcza srebra orientalnego w Europie północnej i wscho­dniej. Używane w obrocie miejscowym, w handlu wewnętrznym ziem słowiańskich i nadbałtyckich jako środek wymiany i mier­nik wartości, srebro arabskie musiało zachowywać taką samą wartość względną, jaką uzyskało w toku wymiany zewnętrznej. Osoba, która sprzedała niewolnika, powiedzmy za 80 dirhe­mów, pamiętała rzecz jasna uzyskaną cenę, kupując później za otrzymane monety potrzebne jej artykuły. Według tej skali mu­siały się więc kształtować wyrażane w dirhemach ceny wszelkich towarów wymienianych w handlu wewnętrznym. Z drugiej strony, zgadzając się na zbycie niewolnika za tę właśnie kwotę, sprze­dający musiał mieć przeświadczenie, że otrzymane srebro może następnie wymienić w odpowiednim stosunku wartości.

Prze­świadczenie to zaś mogło istnieć tylko wtedy, gdy dirhem był W danym środowisku ogólnie uznanym i znanym środkiem wy­miany, gdy był już pieniądzem, a nie tylko blaszką srebrną, zdat­ną najwyżej do przerobienia na ozdobę. Niewykluczone, że w początkowej fazie handlu wschodniego, a po części także później, miejscowa ludność przyjmowała dirhe­my właśnie jako surowiec srebrny, niezbędny dla złotnictwa, nie dysponującego wówczas żadną inną bazą surowcową, jeśli chodzi o kruszce szlachetne. Na pewno jednak srebra arabskiego napły­wało więcej, niż wynosiło zapotrzebowanie na nie jako na suro­wiec. Do całkowitego zaspokojenia takiego zapotrzebowania wy­starczyłaby tylko nieznaczna część tego kruszcu, podczas gdy reszta byłaby praktycznie nieużyteczna.

Toteż warunkiem, bez którego nie można zrozumieć samego istnienia handlu o tej skali, musi być fakt wytworzenia się w Polsce i w innych krajach bio­rących w nim udział rynku pieniężnego, posługującego się sre­brem arabskim i wchłaniającego wszelkie jego ilości, jeśli nie do bezpośredniego obrotu, to przynajmniej do rezerw, których wi­domą postacią są znane nam już skarby. Ukształtowanie się rynku pieniężnego i upowszechnienie się pieniądza kruszcowego jest z punktu widzenia historii gospodar­czej najważniejszym wynikiem handlu ze światem arabskim. W niektórych krajach, jak na bliższej Wschodowi Rusi, proces upieniężnienia wymiany sięgnął głębiej, powodując wytworzenie się rodzimego systemu jednostek pieniężnych, pochodnych od arabskich jednostek monetarnych i wagowych; w innych krajach, jak zwłaszcza w Polsce, do której nie docierały bezpośrednio żad­ne wpływy kulturalne świata muzułmańskiego, proces ten był bardziej ograniczony. Wytworzył on jednak w świadomości i prak­tyce życia codziennego społeczeństwa dostateczną podstawę do zakorzenienia się elementów gospodarki pieniężnej, które następ­nie rozwinęły się dzięki nowym formom pieniądza, napływają­cego z Zachodu. Ustanie dopływu dirhemów nad Bałtyk zbiegło się ściśle z po­jawieniem się tam monet zachodnioeuropejskich.

Nie była to zbieżność ani przypadkowa, ani też pozbawiona wzajemnych po­wiązań. Przyczyn upadku handlu słowiańskoarabskiego w dru­giej połowie X w. upatruje się często wyłącznie w wydarzeniach, które miały wówczas miejsce na Wschodzie. Istotnie, dokonały się tam wtedy zmiany utrudniające utrzymywanie ożywionych kon­taktów z Europą wschodnią. Nastąpiła katastrofa państwa Samanidów, tego właśnie, które od schyłku IX w. wykazywało najwię­cej aktywności w handlu ze Słowiańszczyzną i w pewnej mierze zmonopolizowało go w swych rękach. W ostatnich latach X stu­lecia zostało ono rozbite przez tureckich Seldżuków, rozpoczyna­jących właśnie podbój krajów Środkowego i Bliskiego Wschodu, a wraz z nim załamała się jego wielka produkcja mennicza. W okresie tym nastąpił zresztą ogólny kryzys kruszcowy w świe­cie muzułmańskim, związany z unieruchomieniem niektórych kopalni srebra, szczególnie we wschodniej części kalifatu. Po­nadto plemiona koczowników, Pieczyngów i Połowców, poja­wiające się na stepach, przez które ciągnęły karawany kupieckie, sparaliżowały w pewnym stopniu komunikację między ziemiami nad Bałtykiem a krajami muzułmańskimi. O wszystkich tych okolicznościach nie należy zapominać, ale nie są one ani jedyną, ani nawet główną przyczyną załamania się handlu słowiańskoarabskiego.

Zwraca uwagę fakt, iż wspomnia­ne przez nas trudności wystąpiły w zasadzie dopiero u schyłku X w. i w XI w., natomiast osłabienie strumienia dopływu monet arabskich, szczególnie do dalszych krajów nadbałtyckich, zazna­czyło się już w początku drugiej połowy X stulecia, a tylko na Rusi zaczęło się później, ok. 980—990 r. Badając dokładnie zna­leziska, łatwo można zauważyć, że im dalej na wschód, im bliżej granic kalifatu, tym później monety te ulegały zanikowi. Wygląda to tak, jak by wielka rzeka srebra arabskiego, która wypłynęła ze Wschodu i rozlała się aż po zachodnie krańce strefy nadbał­tyckiej, z wolna poczęła się cofać ku swym źródłom, ustępując miejsca jakiemuś innemu strumieniowi. Gdyby owe źródła nagle wyschły albo zostały odcięte zaporą powstałą gdzieś na Wscho­dzie, wtedy cała ta rzeka wyschłaby jednocześnie. Ale tak nie było. Dirhemy płynęły nadal, jednakże coraz krótszym korytem. Jeszcze w XI w., pomimo wszelkich przeszkód, trwała ożywiona wymiana między kalifatem a Nadwołżańskim Bułgarem, podczas gdy nad Bałtykiem, a nawet i na Rusi, krążyły już tylko dirhemy przyniesione tu w poprzednim okresie. Strumieniem, który zahamował i wyparł falę dirhemów, było srebro zachodnioeuropejskie. Pierwsze monety z Zachodu, przede wszystkim niemieckie, pojawiły się w Polsce i nad Bałtykiem gdzieś ok. 950 r., nieco później dotarły na Ruś, a w ostatniej ćwierci X w. uzyskały w Polsce przewagę liczebną nad dirhema­mi.

Nim opowiemy szerzej o monetach zachodnioeuropejskich, postarajmy się określić, jakie warunki ekonomiczne umożliwiły im tak szybkie i całkowite zwycięstwo nad panującym dotąd nie­podzielnie srebrem muzułmańskim. Średniowieczne mennictwo w Niemczech, o ile pominiemy nie­znaczną produkcję epoki karolińskiej w zachodniej i południowej części tego kraju, zaczęło się rozwijać w pierwszej połowie X w., ale dopiero po 950 r. przybrało większe rozmiary. Szczególne zna­czenie, zwłaszcza dla omawianych tu zjawisk, miało odkrycie ok. 960 r. niezmiernie bogatych złóż srebra w Górach Harzu, w po­bliżu miast Goslaru i Rammelsbergu. Intensywnie eksploatowane, dostarczyły one olbrzymich ilości kruszcu, który stał się podsta­wową bazą surowcową dla wielu mennic niemieckich, mnożących się odtąd zwłaszcza w Saksonii. Wprawdzie bite w nich monety, obok licznych również denarów z Kolonii, Moguncji, Ratyzbony i kilku innych ośrodków menniczych, krążyły po niemieckich ryn­kach wewnętrznych, ale większa ich część kierowała się na wschód i na północ, a więc na znane nam już rynki słowiańskie i nadbałtyckie, na których dotychczas panowały jeszcze dirhemy. Próba aktywnego włączenia się Zachodu do handlu z krajami sło­wiańskimi i nadbałtyckimi miała podobne podstawy jak działal­ność kupców arabskich. Jednakże eksploatowanie tych rynków i ciągnięcie z nich wysokich zysków stało się dla Zachodu możliwe dopiero od chwili, gdy zdobył on niezbędną bazę kruszcową, o wy­dajności przekraczającej znacznie jego ówczesne zapotrzebowanie wewnętrzne na pieniądz monetarny.

Pamiętajmy bowiem, że roz­wój rynku pieniężnego w Niemczech nie był o wiele bardziej zaawansowany aniżeli w Polsce, że i tam dominowały jeszcze formy gospodarki naturalnej, a pieniądz upowszechniał się stop­niowo tylko i z wolna. Zasadniczą jednak różnicę między ziemia­mi niemieckimi a słowiańskimi, z wyjątkiem Czech, stanowił fakt, iż w Niemczech, dzięki bazie surowca srebrnego i wcześniejszemu rozwojowi produkcji menniczej, pieniądz srebrny upowszechniał się od razu przy pomocy własnej monety, podczas gdy u nas i da­lej nad Bałtykiem najprzód przy pomocy monety obcej. Rywalizacja Zachodu ze Wschodem o rynki słowiańskie i bał­tyckie trwała niecałe pół wieku i zakończyła się pełnym sukce­sem Zachodu. Wydaje się, że główną tego przyczyną była różnica między wartością względną srebra europejskiego i orientalnego na obszarach, gdzie ze sobą konkurowały. Kruszec napływający tu z Saksonii, czy nawet z Bawarii lub Nadrenii, a więc z krajów o wiele bliższych niż ziemie muzułmańskiego Wschodu, musiał mieć wartość względną odpowiednio niższą niż kruszec arabski, gdyż nie składały się na nią, lub składały w znacznie niższym stopniu, te czynniki, które powodowały ową szczególnie wysoką siłę nabywczą srebra arabskiego nad Bałtykiem.

Mniejszy koszt i ryzyko podróży, mniejsza liczba pośredników i opłat po drodze pobieranych sprawiały, że kupcy zachodni mogli płacić za te same towary większą ilość srebra niż arabscy, nie rezygnując rzecz jasna z własnego, na pewno także pokaźnego zysku. Sło­wiański sprzedawca oczywiście odstępował swój towar temu, kto dawał więcej srebra, a więc wolał wysyłać go na Zachód. Handel wschodni, napotykający wówczas i inne, wspomniane już trud­ności, nie był w stanie wytrzymać konkurencji i musiał ustąpić placu. W drugiej połowie X w. miały miejsce dwa zasadnicze zjawiska w dziejach pieniądza na ziemiach Polski i krajów sąsiednich. Jed­no, uwidocznione bezpośrednio w znaleziskach, to całkowita zmia­na kierunku napływu i przepływu pieniądza srebrnego przez owe tereny. Zamiast ze wschodu na zachód, płynie on dotąd wielką falą z zachodu ku wschodowi, docierając w pierwszej połowie XI w. na dalekie obszary Europy wschodniej. Drugie zjawisko, którego się domyślamy, choć brak bezpośrednich danych źródło­wych, to zmiana wartości względnej srebra, a więc i zmiana wy­rażonych w nim cen towarów. Ceny te musiały znacznie wzrosnąć, tak w handlu dalekosiężnym, jak i, konsekwentnie, w wewnętrznym; zmalała siła nabywcza srebrnej jednostki pieniężnej, wa­żącej tyle samo co przedtem. Skarb, który uprzednio stanowił równowartość na przykład pięciu niewolników, teraz był już ekwiwalentem może tylko trzech. Nie jesteśmy jednak w stanie określić dziś dokładnie tego stosunku.

Nowy układ wchłonął oczywiście dirhemy, które w poprzednim okresie dostały się na nasze ziemie i znajdowały się tu w obiegu. Ich wartość uległa redukcji, na skutek czego jedni ponieśli straty, inni zapewne zarobili, jak zwykle w latach reform lub zmian sto­sunków pieniężnych. Spadek wartości dirhemów odbił się też na postaci zewnętrznej i wielkości niektórych jednostek pieniężnych obiegających rynek. W okresie „arabskim”, gdy siła nabywcza srebra była szczegól­nie wysoka, podczas mniejszych transakcji posługiwano się ułam­kami dirhemów, niekiedy bardzo małymi, o wadze spadającej na­wet do rzędu 0,1—0,2 g, odpowiednio do ceny drobnych towarów, stanowiących przedmiot wymiany. W nowych warunkach okru­chy takie stały się nieprzydatne, bo ich siła nabywcza spadła po­niżej poziomu wartości minimalnych transakcji rynkowych, a posługiwanie się nimi byłoby tak niewygodne, jak dziś operowa­nie wyłącznie monetami groszowymi. Poczęto je więc przetapiać na jednostki większe.

Stąd też od przełomu X i XI stulecia w zna­leziskach zanikły niemal zupełnie te najdrobniejsze, tak przed­tem pospolite fragmenty srebra arabskiego, a na ich miejsce poja­wiły się tzw. placki, stanowiące wedle wszelkiego prawdopodo­bieństwa produkt owego scalania. Natomiast dirhemy całkowite lub duże ich części znajdowały się w obiegu jeszcze czas jakiś, zanim na skutek zwykłego zużycia i one nie zanikły zupełnie. Pojedyncze ich egzemplarze pojawiały się jeszcze niekiedy nawet pod koniec XI w., ale oczywiście tylko jako drobna domieszka dominującej wtedy monety zachodniej. Do tego też czasu kursowała zapewne część srebra arabskiego ukryta w owych plackach, a może także w niektórych ozdobach. Był to ostatni ślad dawnego, niepodzielnego panowania dirhemów na rynkach krajów słowiańskich. Zachodnioeuropejski pieniądz srebrny dotarł na nasze ziemie już w postaci wysoko rozwiniętej, będącej wynikiem długiej historii. Początki jego sięgają jeszcze epoki rzymskiej, gdy organizacja i formy gospodarki pieniężnej Wiecznego Miasta zostały rozcią­gnięte na wszystkie prowincje Imperium, a szczególnie na obsza­ry Galii i Brytanii. Odmiennie niż w Polsce lub w innych krajach leżących poza granicami Cesarstwa, do których pieniądz rzymski dostawał się jedynie w toku dalekosiężnej wymiany, jako moneta obca, i gdzie nie znalazł trwałej, miejscowej kontynuacji, na zie­miach galijskich i niektórych sąsiednich obszarach stał się on wzorem i podwaliną rozwoju własnego mennictwa.

Po okresie rządów Merowingów (481—751), kiedy to obfita pro­dukcja mennicza nawiązywała jeszcze bezpośrednio do owych dawnych wzorów, choć istniały także znaczne wpływy bizantyj­skie, w Europie zachodniej nastąpiła istotna zmiana, nazywana zazwyczaj reformą karolińską. Polegała ona na reorganizacji za­sad i form produkcji menniczej oraz gospodarki pieniężnej, które dostosowano do warunków i potrzeb monarchii wczesnofeudalnej, utworzonej przez dynastię Karolingów, a zwłaszcza najwy­bitniejszego jej przedstawiciela, Karola Wielkiego (768—814). Reforma ta, przeprowadzana etapami w drugiej połowie VIII i w początkach IX stulecia, nie zrywała wprawdzie zupełnie z daw­nymi tradycjami, ale nadawała im nową treść i ujmowała je w no­wy system. Został on oparty przede wszystkim na wyłączności pieniądza srebrnego; w IX stuleciu monety złote bito tylko wy­jątkowo, i to głównie na potrzeby handlu zewnętrznego. Nato­miast za Merowingów system pieniężny miał jeszcze charakter bimetaliczny, opierał się na współobiegu obu kruszców, począt­kowo nawet z wyraźną przewagą emisji złotych. Bito wtedy, za wzorem bizantyjskim, złote solidy, zwłaszcza zaś złote triensy, stanowiące trzecią część solida. Obok nich produkowano też sre­brne denary, których stosunek do owych monet złotych nie był jednak stały i ulegał wahaniom, niekiedy dość znacznym.

Pod koniec panowania dynastii Merowingów, na skutek wyczerpania się zasobów złota oraz jego odpływu do Bizancjum i dalej na wschód, praktycznie kursowały w państwie Franków już niemal wyłącznie monety srebrne, a wyjątkowo pojawiały się nawet miedziane. Pod tym więc względem reforma karolińska sankcjono­wała raczej stan faktyczny niż wprowadzała zmianę. Istota reformy polegała na uporządkowaniu stosunków pienięż­nych i ujęciu ich w wyraźnie określony jednolity system, który stał się na długie lata wzorem dla całego mennictwa europejskie­go. Liczbę mennic, znajdujących się za Merowingów niemal w każdej znaczniejszej miejscowości, poważnie ograniczono, co umożliwiało ujednolicenie ich produkcji i poddanie jej stosunko­wo ścisłej kontroli. Podstawową jednostką wagowopieniężną no­wego systemu został tzw. funt karoliński, określany w źródłach łacińskich nazwą „libra”. Podobną jednostkę znano już w czasach rzymskich i równała się wtedy ok. 327 g srebra. Karol Wielki pod­niósł jej wartość, może nie bez uwzględnienia wpływów muzuł­mańskich, do rzędu ok. 408 g srebra. Z tej ilości kruszcu nakazał swym mennicom wybijać 240 monet zwanych, także za wzorem rzymskim, denarami, toteż waga pojedynczego denara powinna była w myśl przepisów wynosić ok. 1,7 g. Stąd mianem funta poczęto określać nie tylko ową jednostkę wagową, ale i każdy zespół monet złożony z 240 denarów, traktując funt jako pienięż­ną jednostkę obrachunkową.

W zasadzie funt, czy jako jednostka wagowa, czy też obrachun­kowa, powinien był mieć tę samą wartość, ale w praktyce menni­ce karolińskie rychło przestały przestrzegać owej normy i produ­kowały denary o wadze mniejszej niż 1,7 g, przeważnie ok 1,5 g. Nic więc dziwnego, że funt jako jednostka obrachunkowa był w rzeczywistości mniej wart niż 408 g srebra. Z różnicy tej cią­gnęli zysk zarządcy mennic karolińskich oraz niektóre inne osoby, mimo iż ustawodawstwo Karola Wielkiego i jego następców ka­rało bardzo surowo wszelkie nadużycia albo fałszerstwa mone­tarne, przewidując np. ucięcie ręki lub nawet karę śmierci. W re­zultacie funt karoliński jako jednostka wagowa nie wytrzymał próby czasu i dość szybko poszedł w zapomnienie. Zastąpiły go różne podobne, ale przeważnie mniejsze od niego jednostki, które wytworzyły się i utrwaliły w poszczególnych krajach, ulegając tam zresztą z upływem lat coraz to nowym przekształceniom. O wiele bardziej trwały okazał się system obrachunkowy wpro­wadzony w państwie Karolingów. Łączył on ściśle określonym stosunkiem wartości trzy zasadnicze jednostki pieniężne.

Obok denara i funta wprowadzono bowiem jeszcze jednostkę pośrednią, zwaną solidem (a więc tak jak dawne monety złote), stanowiącą równowartość 12 denarów, czyli ok funta obrachunkowego. Ale solida, podobnie jak i funta, nie realizowano wówczas w postaci konkretnej monety; były to pojęcia wyłącznie rachunkowe, które praktycznie wyrażały się tylko przy pomocy denarów albo też — bitych zresztą w stosunkowo niewielkiej liczbie — monet półdenarowych, noszących dawną nazwę oboli. System ten, mimo różnorodnych przekształceń w wiekach późniejszych, w niektó­rych krajach zachował się prawie bez zmian aż do dzisiaj. Mamy z nim do czynienia obecnie w konserwatywnej Anglii, nie uznającej systemu dziesiętnego. Podstawowa jednostka pie­niężna w Anglii, funt, dzieli się na 20 szylingów, a szyling na 12 pensów. Jednostki te określa się nawet skrótami pochodzącymi od starych, karolińskich jeszcze nazw łacińskich: funt literą Ł (libra), szyling literą S (solidus), a pens literą d (denarius). Trud­no zaiste o lepszy przykład trwałości systemu pieniężnego, który w przytoczonym tu wypadku zachował się już przeszło jedena­ście wieków. W postaci bardziej szczątkowej ten sam układ przetrwał także w nazwach pieniądza włoskiego i francuskiego.

Dzisiejszy włoski lir (lira) jest właśnie spadkobiercą karolińskiej libry. We Francji do bardzo niedawna używano nazwy sou na oznaczenie 5 centy­mów; sou zaś jest to francuska nazwa solida, zastosowana po wprowadzeniu systemu dziesiętnego właśnie do dwudziestej czę­ści franka (5 centymów), który zajął miejsce dawnego funta. I w tym wypadku mamy do czynienia z rzadkim przykładem trwałości dawnego systemu, którego tradycja oparła się nawet tak radykalnej zmianie sposobu liczenia, jaką było przyjęcie po­działu większej jednostki pieniężnej na 100 jednostek mniejszych. W źródłach pisanych z wczesnego średniowiecza spotykamy się nieraz z nazwami wszystkich wymienionych przed chwilą jedno­stek, a także jeszcze innych, o których zresztą później wspomni­my, ale w znaleziskach natrafiamy oczywiście tylko na te jedno­stki monetarne, które wybijano w ówczesnych mennicach, a więc na denary i wyjątkowo obole. W Polsce ten typ monety, po wy­parciu arabskich dirhemów i nielicznych monet bizantyjskich, zapanował niepodzielnie na kilka stuleci, zwanych stąd w skrócie przez historyków pieniądza okresem denarowym. Dopiero w XIV w. ustąpił on miejsca okresowi groszowemu, charakteryzującemu się użytkowaniem, obok nadal bitych denarów, większych i „grub­szych” monet srebrnych, zwanych „denarii grossi”. Wprawdzie od połowy XII w. pojawiły się w Europie środkowej i upowszech­niły także monety innego jeszcze rodzaju, bite jednostronnie z bardzo cienkich blaszek, noszące dziś miano brakteatów (z łac. „bractea”: cienka blaszka).

Ale pomimo zasadniczej różnicy w wy­glądzie zewnętrznym i technice wykonania należały one nadal do systemu denarowego, a współcześni określali je tradycyjną nazwą denarów. Napływająca do Polski moneta denarowa już na pierwszy rzut oka różniła się od arabskich dirhemów. Przede wszystkim była od nich znacznie mniejsza i lżejsza. Podczas gdy przeciętny dir­hem ważył ok. 3—4 g, to przeciętny denar u schyłku X w. miał wagę ok. 1,5 g, przy znacznych zresztą wahaniach w górę i w dół; niektóre bowiem egzemplarze przekraczają 2 g, inne zaś osiągają zaledwie 1 g. W XI stuleciu ciężar ich ulegał stopniowej redukcji, dochodząc pod koniec tego wieku do wielkości rzędu ok. 0,8—0,6 g, a w latach następnych spadając jeszcze bardziej. W XIII w. denarki, zwłaszcza zaś brakteaty, wykazują nawet wagę mniejszą niż 0,2 g. Przyczyny tego zjawiska postaramy się jeszcze omówić osobno; na razie zatrzymamy się nad sprawą wyglądu zewnętrz­nego tych monet i nad kwestią ich napływu do Polski. Każdy prawie denar, wyprodukowany w jakimkolwiek bądź kra­ju zachodnioeuropejskim, posiada z obu stron stempel, często nieforemny i trudny do odczytania, opatrzony krótkim napisem określającym imię i tytuł władcy, który polecił go wybić, oraz nazwę miejscowości, w której znajdowała się mennica, lub imię odpowiedniego patrona. W rzadkich tylko wypadkach napisy te zawierają jeszcze inne dane, jak np. nazwę samej jednostki mo­netarnej, denara, czy choćby wyraz „moneta”.

Ponadto w prze­ciwieństwie do monet arabskich denary, nosiły z reguły różne wyobrażenia plastyczne, umieszczone w środkowej części ich stempli. Były to głowy, popiersia lub całe postacie władców, nie­kiedy świętych patronów, czasem uproszczone rysunki różnych budowli, przeważnie sakralnych, oraz rozmaite symbole religijne, zwłaszcza krzyż w najróżnorodniejszych odmianach, ręka, jako symbol prawicy bożej, pastorał biskupi i wiele innych znaków. Ta symbolika religijna jest szczególnie charakterystyczna dla denarów z X i XI w.; później ustępuje miejsca symbolice świec­kiej, m. in. godłom panów menniczych i herbom miast. Motywy religijne na wszystkich najwcześniejszych denarach są z jednej strony wynikiem współpracy kleru przy układaniu wzorów stempli i samych napisów, których prawie nikt inny wte­dy wykonać by nie potrafił, z drugiej zaś strony wiążą się z fak­tem, że produkcja mennicza w Europie wczesnośredniowiecznej była prawie z reguły jednym z następstw przyjęcia chrześcijań­stwa. Jest to interesująca zbieżność zjawisk kulturalnych i go­spodarczych, na pewno nieprzypadkowa. Moneta ówczesna poza swymi funkcjami pieniężnymi spełniała, przynajmniej w pew­nych wypadkach, rolę środka manifestacji ideologicznej. W pań­stwach wczesnofeudalnych, dla których chrześcijaństwo było jednym z ważniejszych spoiw ich organizacji i sztandarową ideo­logią grupy feudalnej, motywy umieszczane na stemplach monet, formalnie wypływające z pobudek religijnych, faktycznie wyra­żały treść polityczną, a w każdym razie nierozerwalnie się z nią wiązały.

Współzależność początków mennictwa i chrystianizacji kraju miała też przyczyny natury bardziej technicznej. O podję­ciu i prowadzeniu produkcji menniczej decydował udział osób znających pismo i odpowiednie elementy rachunkowości, a takimi najbardziej wykształconymi członkami ówczesnego społeczeństwa byli przede wszystkim duchowni. Sprawy te rozpatrzymy później na przykładzie początków mennictwa polskiego. Przypadek zrządził, że możemy dziś wskazać konkretny egzem­plarz monety wczesnośredniowiecznej, której z dużym prawdo­podobieństwem wolno przyznać miano pierwszej znanej nam monety zachodnioeuropejskiej przyniesionej we wczesnym śre­dniowieczu do Polski. Jest to odkryty w 1960 r. podczas prac wy­kopaliskowych prowadzonych w Kamieniu Pomorskim obol karo­liński, wybity w Troyes we Francji pomiędzy 842 r. a 875 r., za rządów Karola Łysego. Znaleziono go w warstwie kulturowej wczesnośredniowiecznego Kamienia, datowanej przy pomocy innych zabytków archeologicznych także na IX w., dzięki czemu istnieje pewność, iż odkryty tu obol już wkrótce po opuszczeniu mennicy, jeszcze w tym samym stuleciu, dostał się na Pomorze. Znamy wprawdzie z ziem polskich jeszcze kilkadziesiąt innych monet karolińskich, a wśród nich parę bitych nawet nieco wcze­śniej od naszego obola, znaleziono je jednak w skarbach pocho­dzących dopiero z X lub XI stulecia. Jest więc rzeczą wielce prawdopodobną, że monety te dotarły do Polski ze znacznym opóźnieniem, przyniesione — podobnie jak najwcześniejsze dir­hemy — dopiero na fali napływających potem denarów, głównie > niemieckich, angielskich i duńskich. W każdym bądź razie poza tym wyjątkowym znaleziskiem z Kamienia żadnej innej monety zachodniej na ziemiach polskich nie można datować wcześniej niż na X w., kiedy to rozpoczął się zrazu nikły, a następnie coraz bar­dziej masowy ich.napływ.

Pierwszą falę monet zachodnioeuropejskich, znaną z kilkuset pochodzących ze znalezisk egzemplarzy, stanowiły monety duń­skie, należące do specyficznej grupy określanej nazwą półbrakteatów, ponieważ wykonano je z tak cienkich blaszek, że odciski obu stempli przechodzą na drugą stronę i niejako przenikają się na­wzajem. Większość tych monet bito ok. połowy X w. Część jednak pochodzi z lat nieco wcześniejszych, nawet z końca IX stulecia; noszą one na swych stemplach zniekształcony napis „Karolus” i są wzorowane wyraźnie na denarach z czasów Karola Wielkiego, produkowanych w ważnym porcie i ośrodku handlowym Dorestad we Fryzji, na obszarze obecnej Holandii. Naśladownictwa te, po­dobnie jak i dalsze odmiany owych półbrakteatów, powstały w miejscowości Hedeby, wielkim osiedlu rzemieślniczohandlowym usytuowanym u nasady Półwyspu Jutlandzkiego, w pobliżu dzisiejszego Szlezwiku. Hedeby, pozostające wówczas we włada­niu Duńczyków, stanowiło najważniejszą bodaj bramę łączącą Bałtyk z Morzem Północnym i ogniskującą żeglugę oraz handel pomiędzy tymi dwoma morzami. Już na tysiąc przeszło lat przed przekopaniem Kanału Kilońskiego załogi statków skracały sobie drogę i unikały niebezpiecznych wód Skagerraku, przeciągając okręty przez tzw. przewłokę: kilkunastokilometrowe pasmo lądu dzielące rzekę Eidorę, uchodzącą do Morza Północnego, od rzeki i zatoki Szlei, złączonej z Bałtykiem. Właśnie nad brzegiem zatoki Szlei rozrosło się Hedeby, kontrolujące zza wysokich, istniejących dziś jeszcze obwałowań cały ruch na tym uczęszczanym szlaku. Hedeby pełniło tu rolę podobną jak Bułgar na szlaku wschodnim. Podobnie też jak w Bułgarze jego mieszkańcy nie tylko pośredniczyli w przetaczającym się tędy handlu, ale i włączali się do niego; bili własną monetę, naśladując denary karolińskie z Dorestadu tak, jak Bułgarzy naśladowali dirhemy arabskie.

Monety wytwarzane w Hedeby są jednym z cie­kawszych zjawisk europejskiej numizmatyki średniowiecznej, budzącym wiele dyskusji i wątpliwości. W ubiegłym stuleciu przez pewien okres próbowano nawet widzieć w nich najwcześniejsze, przedchrześcijańskie jeszcze monety polskie, ale domysł ten, wy­snuty li tylko ze stosunkowo pokaźnej liczby ich znalezisk na naszych ziemiach, został słusznie obalony i dziś nikt już go nie podtrzymuje. Nie będziemy się też dłużej nad tymi monetami zastanawiać, gdyż nie odegrały one wybitniejszej roli w rozwoju pieniądza na ziemiach polskich, pozostających w czasach ich napływu jeszcze całkowicie w sferze oddziaływania monety arabskiej. Zresztą, aczkolwiek przywożone z Zachodu, były prawdopodobnie jeszcze jedną, utajoną postacią srebra muzułmańskiego, przypuszcza się bowiem, że mieszkańcy Hedeby bili je właśnie z dirhemów lub innych form kruszcu arabskiego, nadając mu tylko nową postać zewnętrzną. W każdym razie produkcji ich zaniechano, kiedy ustał napływ dirhemów nad zachodni Bałtyk, ok. 970—980 r., a do końca tego stulecia znikły też one całkowicie ze znalezisk polskich i innych krajów nadbałtyckich. Istotniejsze natomiast znaczenie miały i u nas, i na terenach sąsiednich monety angielskie, które docierały przez Danię. W pewnym stopniu należy je traktować jako monety duńskie, ponieważ ich obecność nad Bałtykiem w końcu X i na początku XI w. jest wyłącznym wynikiem działalności handlowej i militar­nej Duńczyków i wbrew pozorom nie świadczy bynajmniej, że istniały wtedy bezpośrednie kontakty handlowe z Wyspami Brytyjskimi. Większa część tych monet dostała się do Danii nie w drodze wymiany handlowej, lecz jako haracz ściągany przez władców duńskich z mieszkańców Wysp Brytyjskich, określany w ówczesnych źródłach mianem „Danegeld”, tj. „pieniądz duń­ski”. Był to haracz olbrzymi; według obliczeń wyniósł on w okresie od 991 do 1025 r. ok. 250 tysięcy funtów srebra, co stanowi równowartość ok. 60 milionów denarów.

Dla opłacenia owej kwo­ty pracowało na Wyspach Brytyjskich kilkadziesiąt mennic. Duńczycy nie troszczyli się nawet o przebijanie pod własnym stemplem otrzymywanych z Anglii pieniędzy i wprost użytkowali je dalej w handlu bałtyckim. Z tego też względu ograniczyli do minimum swoją produkcję menniczą; ponownie ożywiła się ona dopiero wtedy, gdy ok. 1030 r. ustał strumień srebra angielskiego. Stąd też większość monet angielskich odkrytych w znaleziskach polskich i nadbałtyckich nosi na stemplach imiona dwóch władców: Etelreda II (978—1016) i Kanuta Wielkiego (1016—1035), a imiona następnych królów angielskich, Harolda, Hartaknuta, Edwarda Wyznawcy, pojawiają się znacznie rzadziej. Natomiast właśnie od ok. 1030—1040 r. znów napotykamy w naszych znaleziskach ro­dzime monety duńskie, napływające odtąd dość licznie przez kil­kadziesiąt następnych lat, w przybliżeniu do 1070 r. Droga przez Danię, którędy przenikały na ziemie polskie oprócz monet duńskich i angielskich znacznie rzadsze denary norweskie, północnofrancuskie oraz część stosunkowo licznych monet nie­mieckich z mennic fryzyjskich, stanowiła tylko jedną, i to nie najważniejszą, arterię dopływu srebra zachodniego do Polski. Ten szlak morski, obsługiwany przez kupcówżeglarzy fryzyjskich, skandynawskich, ale też i słowiańskich, rozgałęział się na wszyst­kie wybrzeża Bałtyku, niosąc od połowy X w. monetę na Pomorze i północne Połabie, na Gotlandię, do Szwecji, Finlandii oraz na brzegi wschodniobałtyckie, skąd docierała ona daleko w głąb ziem ruskich.

Jednakże ożywały, szczególnie od drugiej połowy X w., także szlaki lądowe, ciągnące wprost z zachodu, a potem i z południa na ziemie słowiańskie. Drogami tymi wlała się głów­na fala srebra, złożonego przede wszystkim z monet niemieckich. Związki handlowe Słowiańszczyzny z Zachodem na szlakach kontynentalnych istniały wprawdzie już znacznie wcześniej, ale nosiły nieco odmienny charakter. Uprzednio miały postać, nie­zbyt zresztą intensywnej, dwustronnej wymiany towarowej, w to­ku której za produkty i płody ziem słowiańskich, a w znacznym stopniu również w zamian za niewolników, przywożono niektóre wytwory metalurgii zachodniej, zwłaszcza broń oraz różne na­czynia. Handel bronią, jak mieczami lub grotami oszczepów, był nawet surowo zakazywany przez ustawy Karolingów, którzy oba­wiali się widocznie, by przy ówczesnych stosunkach pomiędzy państwem Franków a Słowiańszczyzną połabską, raz wraz prze­chodzących w stan wojny, broń ta nie obracała się przeciwko samym jej wytwórcom. Z faktu jednak, iż zakazy te kilkakrotnie ponawiano, nakładając coraz surowsze kary za ich naruszanie, wynika, że nie były one całkiem skuteczne i że wymiana ta, wi­docznie korzystna dla obu stron, rozwijała się w dalszym ciągu. Na pograniczu frankijskosłowiańskim powstał też szereg ośrod­ków wymiany, za których pośrednictwem w zasadzie powinien był się odbywać ów handel i gdzie czuwali nad nim specjalni urzędnicy frankijscy.

Ośrodki te leżały wzdłuż linii zwanej w ów­czesnych źródłach „limes sorabicus” i „limes saxonicus”, a prze­biegającej w przybliżeniu wzdłuż rzek Sali i Łaby. Najważniejsze punkty stanowiły tu Magdeburg oraz Bardowik, duże centrum handlowe na lewym brzegu dolnej Łaby, niedaleko Hamburga. Dopiero od połowy X w. przez linię tę poczęły przenikać także coraz liczniejsze monety srebrne. Początkowo płynęły one z dwóch głównych wtedy centrów menniczych Niemiec: z nadreńskiej Ko­lonii i kilku sąsiadujących z nią ośrodków oraz z bawarskiej Ratyzbony. Bawarskie monety srebrne wędrowały zresztą w więk­szej części inną jeszcze drogą, przez ziemie czeskie. W sumie do końca X stulecia dostała się do Polski pokaźna liczba tych dena­rów, ale rychło na pierwsze miejsce wysunęła się moneta saska, bita głównie w Magdeburgu, potem też w Goslarze, Quedlinburgu, Bardowiku, Liineburgu, Jever i w innych mennicach, mnożących się jak grzyby po deszczu w drugiej połowie X i początkach XI w. Monety te stary się na okres ok. 100 lat najtypowszym rodzajem pieniądza użytkowanego na ziemiach polskich, dlatego im właśnie należy się specjalna uwaga. Istnieje kilka grup monet saskich szczególnie licznych w na­szych znaleziskach: tzw. denary krzyżowe, określane też krótko mianem „krzyżówek”, tzw. denary Ottona i Adelajdy oraz tzw. agrypinki połabskie.

Wszystkie trzy grupy łączy wspólna cecha: są to monety wytwarzane masowo, specjalnie i głównie na po­trzeby handlu ze Słowiańszczyzną, a po części i z dalszymi kraja­mi strefy nadbałtyckiej. Takie przeznaczenie znajduje odbicie w zbliżonych cechach zewnętrznych wszystkich tych monet. Wprawdzie różnią się one niekiedy dość znacznie rysunkiem widniejących na nich stempli, właściwym dla każdej z wymienionych grup, jednakże stemple owe we wszystkich trzech wypadkach zachowują typ w zasadzie niezmienny przez cały długi okres ich emitowania. Nie mają też one żadnych napisów określających, jak na innych współczesnych monetach niemieckich, aktualnego władcę, za któ­rego rządów były bite, ani nazw ich rodzimych mennic. Jeżeli nawet, jak w wypadku denarów Ottona i Adelajdy, widnieje na nich takie imię, to w większości wypadków nie odpowiada ono rzeczywistości, gdyż kładziono je nie tylko na monetach współ­czesnych Ottonowi III i jego babce Adelajdzie, którzy w latach 991—995 wspólnie sprawowali rządy, ale i na monetach bitych znacznie później, aż do połowy XI w., gdy panowali już inni króIowie lub cesarze. Przyczyna tego zjawiska, zwanego w numiz­matyce immobilizacją stempla, leży przede wszystkim właśnie w przeznaczeniu owych monet na rynek obcy.

Dla odbiorcy i użyt­kownika słowiańskiego lub skandynawskiego było w zasadzie zu­pełnie obojętne, czyje imię umieszczone jest na otrzymywanych w toku wymiany denarach, a samo istnienie takiego napisu w ni­czym nie podnosiło waloru monety, której odpowiedni władca nie mógł zapewnić na obcych ziemiach żadnej ochrony przy po­mocy aparatu swego państwa. Liczyła się tu, podobnie jak w wy: mianie ze światem arabskim, tylko sama wartość kruszcu srebr­nego, znajdującego się w danej monecie. Skoro więc pierwsze emisje, które trafiły na rynek słowiański, spotkało dobre przyję­cie, może m. in. dzięki różnicy ich wartości względnej w porów­naniu ze srebrem muzułmańskim, mennice niemieckie pracu­jące na potrzeby tego rynku poczęły bić dalsze denary podobnego typu. Nie zmieniono w sposób zasadniczy ich stempla, który stał się rodzajem znaku jakości, budzącym zaufanie wśród odbiorców. Ale też dzisiaj badacze stają niekiedy w obliczu bardzo dużych trudności, gdyż przy braku napisów i małych różnicach w wy­glądzie zewnętrznym wielkiej liczby tych monet ustalenie do­kładnego czasu i miejsca ich wybicia napotyka znaczne prze­szkody. Najwięcej bodaj trudności nastręczyła najstarsza, najbardziej długotrwała, a zarazem i najliczniejsza w naszych znaleziskach grupa denarów krzyżowych. Beczki atramentu poszły już na roz­prawy poświęcone tym właśnie monetom, pisane od przeszło stu lat przez badaczy polskich i niemieckich.

Głównym tematem zażartych dyskusji i sporów była kwestia pochodzenia denarów krzyżowych. Badacze polscy bowiem, szczególnie starsi, powołu­jąc się przede wszystkim na wielką liczbę znalezisk na naszych ziemiach dowodzili, iż są to denary miejscowego wyrobu, bite rzekomo przez biskupów polskich. Badacze niemieccy natomiast zgodnie twierdzili, że są to monety saskie, bite dia handlu ze Słowianami. Dlatego też określali je zazwyczaj mianem „denarów saskich” („Sachsenpfennige”) bądź też „denarów wendyjskich” („Wendenpfennige”), gdyż u Niemców nazwa Wendów używana jest od dawna na oznaczenie Słowian zachodnich. Po rozważeniu argumentów wysuwanych przez obie strony ra­cję wypada przyznać tym badaczom, którzy w denarach krzyżo­wych widzą monety niemieckie. Są one bowiem pod względem cech zewnętrznych pokrewne innym monetom saskim, najstarsze zaś ich odmiany noszą imię cesarza Ottona, a nie władcy polskie­go. Ale nie tylko to: skala ich produkcji, rozprzestrzenienie w Pol­sce i na Połabiu oraz cechy wskazujące na ich pochodzenie z men­nic biskupich nakazują zaliczać je do wyrobów niemieckich.

Jak jeszcze zobaczymy, ówczesne mennictwo polskie nie miało ani dostatecznej bazy surowcowej, ani odpowiednich podstaw or­ganizacyjnych i ekonomicznych, by podjąć już w X w. produkcję o takich rozmiarach. Biskupi polscy, którym monety te mylnie bywają przypisywane, w rzeczywistości aż do schyłku XII stu­lecia nie posiadali żadnych praw menniczych, stanowiących u nas wyłączny przywilej księcia. Jeśli zaś chodzi o sam rozrzut znalezisk, to jest on zbieżny właśnie z rozprzestrzenieniem także innych monet niemieckich, tak licznie napływających w X i XI w. do Polski i na Połabie, podczas gdy denary polskie nigdy wtedy nie szły „pod prąd” tej fali, czyli do ziem położonych na zachód od Odry. Zaledwie dro­bną część monet tego typu, bitych już u schyłku XI w., można z niejakim prawdopodobieństwem uważać za polskie naśladow­nictwa owych denarów saskich. Nie tu miejsce na bardziej szcze­gółowe omawianie tej kwestii i przytaczanie wszystkich argu­mentów. Zainteresowany Czytelnik znajdzie je w opracowaniach specjalnych. W naszej zaś książce ograniczymy się tylko do przed­stawienia najważniejszych wyników tych badań. Denar krzyżowy jest monetą z wyglądu niepozorną, pozbawioną efektownego rysunku na stemplu, w kolekcjach pospolitą, przez zbieraczy ignorowaną, ale jakże ważną dla dziejów pieniądza w Polsce! O skali produkcji tej monety świadczy olbrzym.a licz­ba odmian jej stempli.

Znamy ich dzisiaj przeszło tysiąc, a ist­nieją wszelkie dane, by sądzić, że faktycznie było ich dużo w.ęcej. Każda zaś taka odmiana to inny tłok, przy pomocy którego ją wybito, a z każdego tłoka można było uzyskać od 3 do 5 ty­sięcy monet. Stąd łatwo obliczyć, że tysiąc różnych stempli odzwierciedla produkcję rzędu 3—5 milionów denarów, a 2 tysią­ce dwukrotnie większą. W znaleziskach polskich odkryto i zare­jestrowano dotychczas ok. 50 tysięcy „krzyżówek”, każdy zaś rok przynosi nowe ich setki. Kilkanaście tysięcy pochodzi ze znale­zisk słowiańskiego Połabia, a przecież wiemy dobrze, że to, co się do dziś zachowało, stanowi jedynie znikomą część wszystkich monet znajdujących się niegdyś w obiegu na danym terytorium. Na pewno więc w sumie na ziemie połabskie i polskie napłynęło ich ongiś wiele milionów. Do prowadzenia produkcji menniczej w tej skali niezbędna była baza surowcowa, liczona już w tonach srebra. Tworzyły ją przede wszystkim bogate pokłady tego kruszcu odkryte w górach Harzu na początku drugiej połowy X w., którym zresztą zawdzięczają swe istnienie i inne masowe produkty mennic saskich, jak zwłasz­cza liczone też na miliony denary z imieniem Ottona i Adelajdy. O odkryciu tych złóż wzmiankuje współczesny kronikarz, mnich niemiecki Widukind, a za nim biskup merseburski Thietmar, pi­szący w początkach XI w., który zanotował: „Za jego [tj. Ottona I] czasów zabłysnął wiek złoty; znaleziono po raz pierwszy złoża srebra w naszym kraju”.

Istotnie, odkrycie bogatych pokładów srebra zapoczątkowało „wiek złoty”, szczególnie dla episkopatu saskiego, ponieważ właśnie biskupi postarali się rychło o odpo­wiednie przywileje mennicze, których im cesarz nie skąpił, i zor­ganizowawszy szereg mennic ujęli w swe ręce bardzo zyskowny proceder handlu ze Słowiańszczyzną. Najwcześniejsze, stosunkowo nieliczne odmiany denarów krzy­żowych pochodzą sprzed tego okresu, gdyż bito je już od połowy X w. Noszą też one jeszcze niekiedy imię cesarza Ottona I i ry­sunek budowli kościelnej, o dachu dwuspadowym, zwieńczonym małym krzyżykiem, przejęty ze wzorów dawniejszych monet ka­rolińskich bitych w IX stuleciu w Nadrenii. Rychło jednak pro­dukcję tę całkowicie przejął episkopat, najpierw, w 968 r. arcy­biskup magdeburski, a później także inni biskupi sascy. Wtedy też zaczęła ona wybitnie wzrastać. Z samych stempli tych monet odczytać można gorączkowy nie­mal pośpiech w ich wykonywaniu. Stają się one coraz bardziej uproszczone i niestaranne. Wspomniana budowla sakralna przy­biera postać zupełnie schematyczną, dach jej ulega niekiedy za­okrągleniu — szczegół drobny, lecz ważny, gdyż na tych właśnie odmianach „krzyżówek” będą wkrótce wzorowane pierwsze mo­nety polskie.

Imię Ottona, wypisywane uprzednio wyraźnymi literami na średnicy monety w postaci OTTO lub ODDO, stop­niowo zanika, gubiąc litery środkowe TT lub DD, a zachowując wyłącznie skrajne O—O, które tym samym nabierają po prostu charakteru kółek pomieszczonych przeciwległe w otoku i stają się motywem dekoracyjnym pozbawionym istotnego znaczenia. Później pojawia się niekiedy zaledwie jedno kółko, niekiedy zaś aż trzy, w niczym już nie przypominając swego „cesarskiego” po­chodzenia. Także inne towarzyszące im znaki tylko imitują rzeczywisty napis. Składają się one wyłącznie ze zwykłych, prostych kresek lub klinów, wśród których jedynie wyjątkowo umieszczany jest mały krzyżyk, jakim zwykle rozpoczynano właściwą legendę. W tym bowiem wypadku troska o wyrycie na stemplu takiego czy innego sensownego napisu byłaby zupełnie bezcelowa. Moneta szła przecież do obcych krajów i gdyby tam nawet treść stempla została odczytana, nie miałoby to żadnego znaczenia. Upraszczano więc sobie pracę, starając się natomiast wybić jak najwięcej mo­net. Aby osiągnąć ten zasadniczy cel, niekiedy bito nawet mone­ty tylko jednostronnie. Pragnąc bowiem przyśpieszyć produkcję i uzyskać z jednej pary tłoków możliwie dużą liczbę monet, wkła­dano między dolny a górny tłok od razu dwa przeznaczone do wybicia krążki, wskutek czego na każdym z nich po uderzeniu młotem odciskał się tylko jeden stempel.

Widocznie na ziemiach położonych na wschód od Łaby popyt na tę monetę był duży, gdyż i takie nawet wyroby mennic chętnie tam przyjmowano. Okres tej gorączkowej produkcji trwa od schyłku X stulecia, a więc zbiega się dokładnie z czasem wypierania przez monetę zachodnią srebra arabskiego z Europy środkowej i północnej. Jed­nakże po uzyskaniu przez monetę z Zachodu bezwzględnej prze­wagi następuje zmiana w technice jej produkcji i pewna stabili­zacja JeJ wyglądu. Odmiany pochodzące z przełomu X i XI w. mają jeszcze na stemplach mały rysunek kaplicy, bardzo podobny do rysunku pomieszczanego na bitych współcześnie denarach mag­deburskich i stąd przypisywane są mennicy magdeburskiej. Póź­niejsze typy ograniczają się już przeważnie do znaku krzyża, wy­obrażanego w kilku różnych postaciach. Po jednej stronie powtarza się niemal stale krzyż tzw. kawalerski, o ramionach w postaci klinów, po drugiej zaś mamy zwykły krzyż równoramienny, utworzony przez dwie proste przecinające się beleczki, lub krzyż tzw. perełkowy, opatrzony na końcu każdego ramienia trzema małymi kulkami. Temu najbardziej typowemu motywowi wszyst­kie omawiane monety zawdzięczają nazwę „denarów krzyżowych” czy „krzyżówek”, aczkolwiek na innych, przeważnie późniejszych ich typach, widnieją również odmienne znaki, jak np. wyobraże­nie chorągwi kościelnej lub pastorału, a pod koniec XI w. rysunek ręki lub małej główki.

Niektóre typy wiążą się prawdopodobnie z poszczególnymi mennicami biskupów saskich, rozciągniętymi pasmem po zachodniej stronie Łaby, dzielącej świat germański od świata słowiańskiego. Monetki te posiadają jeszcze jedną cechę charakterystyczną, która nawet dała powód do określania ich mianem denarów „kra­wędziowych” (po niemiecku „Randpfennige”). Oto większość z nich ma wysoko podniesione brzegi, przez co wyglądają one jak małe miseczki. Krawędzie formowano tak zapewne w celu zabez­pieczenia stempli monet przed szybkim zatarciem w obiegu. Do­tychczas jednak nie udało się całkowicie wyjaśnić, w jaki sposób robiono je w mennicy; bo domysł, że każdą taką monetę brano w rękę i oklepywano starannie młotkiem dookoła, wydaje się mało prawdopodobny. Przecież ile pracy wymagałoby wtedy wykona­nie kilku milionów takich krążków? W każdym bądź razie dena­ry „krawędziowe” są świadectwem wysokiego poziomu technicznego produkcji menniczej, na której zresztą wzorowała sią także część innych monet niemieckich, a nawet i późniejsze polskie z czasów Bolesława Śmiałego.

Inwazja „krzyżówek”, bo tak chyba wolno określić masowy ich napływ na rynki polskie, trwała prawie do końca XI w. W miarę upływu czasu stawały się one, podobnie jak i pozostałe monety europejskie, coraz mniejsze i lżejsze, zachowując jednak zawsze stosunkowo wysoką jakość kruszcu. Ale od schyłku XI stulecia zasięg ich penetracji stawał się coraz mniejszy. Ograniczył się on stopniowo do Polski południowej i zachodniej, a zwłaszcza Śląska, potem zaś już tylko do ziem połabskich, stanowiących bezpośre­dnie przedpole gospodarcze produkujących je mennic. To wycofywanie się z naszych ziem denarów saskich, podobnie jak i innych monet obcych, było wynikiem nowych, poważnych zmian w gospodarce pieniężnej znacznej części Europy. Rozwój pieniężnych form wymiany na rynkach lokalnych powodował wszędzie szybki wzrost zapotrzebowania na monetę miejscową. Jednocześnie krzepła organizacja tej wymiany, ujmowanej w kar­by przez władców, ciągnących z niej pokaźne zyski. Zjawiska te przyczyniły się do powszechnego kryzysu kruszcowego i do ogra­niczenia zasięgu obiegu monet tylko do bliższych okolic produ­kujących je mennic. Wtedy też dopiero w miejsce monety obcej mogła i u nas wejść masowo na rynek moneta rodzima, bita we własnych mennicach i pod własnym stemplem. Na razie wróćmy jeszcze na chwilę do monet niemieckich.

Wspomnieliśmy już, że obok stosunkowo najliczniejszych „krzy­żówek” napływały na ziemie polskie inne monety saskie o zupeł­nie podobnym charakterze. Nie będziemy ich tu szczegółowo opi­sywali, bo nie odegrały takiej roli jak denary krzyżowe i pełniły funkcje analogiczne do funkcji tych ostatnich monet. W szcze­gólności denary Ottona i Adelajdy, bite od końca X w. prawie do połowy XI w Goslarze i jego okolicach, oraz tzw. agrypinki, bite w nadłabskim Bardowiku od połowy XI stulecia, a naśladujące wcześniejsze monety niemieckie z mennic w Kolonii i w Andernach nad Renem, stanowią przykłady podobnych do „krzyżówek” emisji masowych, przeznaczonych na rynek obcy i istotnie spo­tykanych licznie w znaleziskach nadbałtyckich i polskich. Nie wymieniliśmy tu oczywiście wszystkich rodzajów monety niemieckiej w Polsce wczesnośredniowiecznej; spotykamy wśród nich bardzo różnorodne produkty mennic nadreńskich i fryzyj­skich, rzadziej południowoniemieckich, pochodzące łącznie z prze­szło stu warsztatów.

W sumie na ziemiach polskich odnaleziono dotąd wraz z „krzyżówkami” ponad 85 tysięcy monet niemieckich. Jest to grupa największa, przewyższająca trzykrotnie nawet licz­bę arabskich dirhemów. Mniejsze znaczenie miały wtedy w Polsce monety z innych krajów. Wśród nich stosunkowo często występują monetv cze­skie, bite od połowy X w., napływające zwłaszcza pod koniec tego stulecia oraz w polowie następnego, dość liczne w znalezi­skach śląskich, w mniejszym zaś stopniu w wielkopolskich, po­morskich i mazowieckich. Bite przeważnie w Pradze, noszą na swych stemplach, wzorowanych początkowo na denarach ba­warskich, imiona czeskich książąt, Bolesława I, Bolesława II i Bo­lesława III, Jaromira, Udalryka, a zwłaszcza Brzetysława I (1034—1055), który w XI w. szeroko rozbudował czeską produkcję menniczą. Za jego następców, Spitygniewa i Wratysława, dopływ monet czeskich stopniowo się zmniejszył i ustał całkowicie jeszcze pned końcem XI w., aczkolwiek mennictwo czeskie nadal istniało i prowadziło produkcję na stosunkowo dużą skalę. I tu jednak, tak jak w Niemczech, rynek miejscowy pochłaniał coraz większą część tej produkcji, ograniczając z wolna możliwości użytkowania monety czeskiej w handlu zewnętrznym.

Zwraca uwagę fakt, że do tego czasu moneta czeska wycho­dząca poza granice własnego kraju szła wyłącznie w kierunku północnym, na ziemie polskie i połabskie, docierając aż do Bał­tyku. Nie występuje natomiast prawie wcale na ziemiach in­nych krajów pozostających wówczas w kontaktach handlowych z Pragą. Np. znany szlak wiodący z Ratyzbony przez Pragę i Kra­ków do Kijowa nie zaznaczył się liczniejszymi znaleziskami monet czeskich; nie penetrowały one również wzdłuż drogi naddunajskiej. Nawet już na Morawach przeważają raczej denary węgier­skie. Jeszcze więc raz potwierdza się szczególna rola rynku bał­tyckiego, ściągającego jak magnes srebro ze wszystkich stron świata. Działo się tak przede wszystkim chyba dlatego, że srebro osiągało nad Bałtykiem stosunkowo dużą siłę nabywczą, co umoż­liwiało czerpanie znacznych korzyści z kierującego się tam handlu. Podobne wnioski nasuwa obserwacja monet węgierskich. Za­częto je bić dopiero od ok. 1000 r. Do Polski napływały głównie w połowie lub nawet w drugiej połowie XI w., i to raczej drogą nieco okrężną, bo nie wprost przez przełęcze karpackie i Mało­polskę, ale przez Morawy i Śląsk, skąd wędrowały dalej ku pół­nocy.

Mennictwo węgierskie również korzystało z własnych złóż kruszcowych, przede wszystkim na obszarze dzisiejszej Słowacji. Te i niektóre inne rodzaje monet, jak np. włoskie, przyniesione do Polski zapewne drogą przez Niemcy, nieliczne francuskie oraz zupełnie wyjątkowo spotykane szwedzkie i norweskie, tworzyły razem ów wielki strumień obcej monety zachodniej, denarów, wyznaczającej po okresie srebra arabskiego drugi zasadniczy etap w rozwoju pieniądza polskiego. Na czym polega zasadnicze znaczenie tego drugiego etapu? Je­żeli dirhemy przyczyniły się do upowszechnienia w społeczeń­stwie polskim ogólnego pojęcia pieniądza kruszcowego, szczegól­nie srebrnego, to denarom owym przypadła niemniej ważna rola upowszechnienia zachodniej jednostki monetarnej jako miernika wartości i środka wymiany. W okresie ich napływu i kursowania zanikł bowiem stopniowo zwyczaj posługiwania się wagą w wy­mianie niższego rzędu i użytkowania w takim samym stopniu monet jak ozdób czy bryłek srebrnych, dzielenia ich na części lub scalania w większe jednostki.

Denary, chociaż pochodziły z róż­nych krajów, posiadały w tym samym czasie w zasadzie zbieżną wagę. Toteż na skutek stałego korzystania z tych monet ludność Polski z wolna przywyczaiła się do traktowania ich jako jednostek pieniężnych bezpośrednich, których nie trzeba już było oceniać wedle ich wagi i przyrównywać do jakichś innych mierników war­tości. Wystarczyło przecież je policzyć albo też podać ich liczbę, aby uzyskać lub określić odpowiednią, jednoznaczną wartość to­waru czy świadczenia. O ile więc dawniej dirhemy czy nawet wczesne denary po do­staniu się na ziemie polskie przestawały być w rozumieniu ich użytkowników monetą i spełniały rolę jedynie krążka kruszcu srebrnego, o tyle teraz, ok. połowy XI w., monety poczęły już i u nas zachowywać swój pierwotny charakter. Te przekształce­nia stworzyły też podstawę do rozwinięcia na szerszą skalę rodzi­mego mennictwa polskiego w drugiej połowie XI w.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.