Skarbce i skarbnicy

Wiemy już z rozdziałów poprzednich, że w Polsce wczesnośred­niowiecznej głównym organizatorem gospodarki menniczej i pierw­szym użytkownikiem monet był książę, ciągnący możliwie jak najznaczniejsze zyski z wszelkich form obrotu monetarnego. Po­zostające w jego rękach zasoby kruszcowe, przebijane na monetę, o ile nie zostały przeznaczone na jakieś płatności zewnętrzne, krą­żyły po rynku krajowym i przeważnie wracały wkrótce do skarb­ca książęcego, by zaraz znaleźć ponowne, wielokrotnie powtarzane zastosowanie. Ta pozostająca w ciągłym ruchu masa srebra, cho­ciaż stanowiła własność skarbu książęcego, w nieznacznym tylko stopniu składała się na zasoby skarbca monarchy. Przetrzymy­wanie jej w takim pomieszczeniu, w roli środka przechowywania wartości, byłoby wręcz sprzeczne z interesem fiskalnym władcy; nie tylko pozbawiałoby go permanentnego zysku, ale nawet przy­prawiało o straty, gdyż w czasie rozwoju okresowej wymiany takie monety szybko traciłyby aktualność swego stempla i w ra­zie konieczności użycia trzeba by je przebijać na nowo. Ich rezer­wa w skarbcu książęcym musiała się więc ograniczać tylko do podręcznej szkatuły, niezbędnej do pokrywania wydatków na potrzeby bieżące.

Jedynie za pierwszych Piastów, przed rozbu­dową właściwej gospodarki menniczej opartej na zasadzie wy­miany, monetarne zasoby ich skarbców mogły być znaczniejsze, szczególnie w postaci rezerw monety obcej. Ale nie mamy żad­nych bezpośrednich wiadomości na ten temat. Jednakże książęta polscy, nawet w XIII stuleciu, mieli mniej lub bardziej wypełnione skarbce, w których przechowywali swe zasoby kruszcowe nie przeznaczone do obrotu. Chociaż oczywiście żaden z takich skarbców nie przetrwał do dnia dzisiejszego, to jednak posiadamy garść informacji ze współczesnych kronik i do­kumentów dostateczną do odtworzenia ich skali i charakteru. Zobaczmy więc, jak się przedstawiał najdawniejszy skarbiec książąt polskich, będący zresztą tym samym co i skarbiec państwa, ponie­waż w ówczesnych warunkach nie istniało jeszcze praktyczne rozróżnienie pomiędzy dobrem publicznym a osobistą własnością monarchy. Wspomniane źródła akcentują zgodnie niemonetarny charakter tych zasobów. Notują różne naczynia kruszcowe lub ozdoby i cen­ne, przetykane złotem szaty, pozwalają także domyślać się krusz­cu w sztabach czy innych formach, bliżej nie określonych; uży­wają wprawdzie niekiedy ogólnikowego wyrażenia „pieniądze”, może ono wszakże w tym kontekście oznaczać każdą postać srebra czy złota. Właśnie złoto jest wspominane szczególnie często, cho­ciaż, jak wiemy, nie przenikało ono prawie wcale do sfery obrotu rynkowego.

Do celów przechowywania wartości oraz do jej mani­festowania było ono jednak gromadzone nader chętnie przez władców, podobnie zresztą jak i przez Kościół lub możnych feudałów. Niekiedy służyło również w płatnościach lub świadczeniach międzynarodowych. Bezpośrednie wiadomości o skarbcu pierwszych Piastów są do­syć skąpe. O zasobach Mieszka I możemy wnosić tylko pośrednio z faktów takich, jak jego produkcja mennicza, nie wymagająca zresztą wielkich zapasów srebra, jak opłacanie cesarzowi trybutu (daniny) z pewnych obszarów nadwarciańskich, w nie znanej jednak wysokości, czy też z takich, jak przesłanie na grób św. Udalryka w Augsburgu ulanego ze srebra ramienia, stanowią­cego ofiarę dziękczynną za szczęśliwe wyleczenie ręki zranionej w jakiejś bitwie. Bardziej bezpośrednie wiadomości dotyczą zaso­bów skarbca Bolesława Chrobrego. Poza faktami takimi, jak wy­kup ciała św. Wojciecha od Prusów, rzekomo na wagę złota, jak przekupywanie przeciwników Chrobrego za pomocą pieniędzy, mamy opisane przede wszystkim wypadki zjazdu gnieźnieńskiego, podczas którego władca nasz ukazał oczom przybyłych gości wszelkie zasoby swego skarbca, chcąc olśnić i zjednać sobie cesa­rza oraz jego otoczenie wystawnym przyjęciem i bogatymi da­rami. Relacja Galla Anonima o zjeździe gnieźnieńskim, wprawdzie za­prawiona już posmakiem legendy, ale oparta na jakichś współ­czesnych temu wydarzeniu informacjach, wymienia zwłaszcza różne naczynia złote i srebrne, kubki, puchary, misy, czarki, oprawne rogi, nadto zaś drogie kamienie, tkaniny i inne kosztow­ności, „a tego wszystkiego [Bolesław] tak wiele ofiarował, że ce­sarz tak niezmierne dary uważał za cuda.

Poszczególnych zaś jego książąt tak okazale obdarował, że z przyjaznych zrobił ich sobie najprzyjaźniejszymi. Lecz któż zdoła wyliczyć, ile i jakich darów dał przedniejszym, gdy nawet żaden z niezmiernie licznej służby nie odszedł bez podarunku!”. Być może, iż na tą właśnie potrzebę kazał Chrobry wybić monety z napisem GNEZDVN CIVITAS i że posługiwał się nimi również dla uczynienia swych gości „najprzyjaźniejszymi”. W opisie Galla mamy uwydatnioną jeszcze jedną funkcję się­gającą pierwocin pieniądza, acz później stosunkowo luźno z nim związaną, mianowicie funkcję darów wymienianych przy różnych okazjach, tak przez władców w związku z ich działalnością poli­tyczną, jak i przez osoby prywatne w ważniejszych okoliczno­ściach życia codziennego. Przeważnie przestrzegano przy tym za­sady równowartości upominków składanych przez obie strony, ale oczywiście posługiwano się nimi szeroko także dla zapewnienia sobie przyjaźni, umocnienia sojuszu czy odwrócenia najazdu. Za Bolesława Chrobrego wzmiankowane są też — o czym już nad­mienialiśmy — zwykłe przekupstwa polityczne, których dokony­wano posługując się nie określonymi bliżej zasobami kruszcowy­mi jego skarbca.

Kronikarz niemiecki Thietmar opowiada, że Bo­lesław w 1007 r. „słowem i pieniędzmi” namawiał Wieletów i Wolinian do akcji przeciw Henrykowi II, w 1002 r. „próbował potajemnie przekupić pieniędzmi Miśnian”‚, w 1014 r. zaś prze­kupił nawet radę cesarską, dzięki czemu wyswobodził z niewoli swego syna, Mieszka II.18 Podobne wypadki znamy i z czasów późniejszych; można tu wspomnieć chociażby zanotowany przez Galla fakt, że gdy Zbigniew walczył z Bolesławem Krzywoustym, „z wrogami brata skrycie zawiązywał przymierze i przesyłał im na pomoc pieniądze dla wojska”.19 Inny rodzaj wydatków skarbca książęcego stanowiły trybuty płacone z konieczności sąsiednim władcom, jak wspomniany już trybut Mieszka I z terytoriów „po rzekę Wartę” oraz trybut pła­cony Czechom przez Kazimierza Odnowiciela ze Śląska. W tym ostatnim wypadku znamy nawet jego wysokość: 500 grzywien srebra i 30 grzywien złota rocznie, a więc kwota stosunkowo znaczna (ok. 100 kg srebra i ok. 6 kg złota). Jeszcze większą da­ninę musiał ofiarować w sto lat później Bolesław Kędzierzawy cesarzowi Fryderykowi Barbarossie po hołdzie złożonym w 1157 r. w Krzyszkowie; wedle źródeł niemieckich opłata ta, co prawda jednorazowa, miała wynosić aż 3200 grzywien (ok. 740 kg!) sre­bra i 20 grzywien złota. Nie można też pomijać wydatków w postaci zbożnych wot skła­danych po różnych krajowych i zagranicznych kościołach i klasz­torach, a także tzw. świętopietrza, czyli stałej opłaty na rzecz papieskiej komory skarbowej, następnie różnych darowizn, na­gród i wian księżniczek wydawanych za mąż do obcych krajów.

Wiadomości zachowane na ten temat donoszą przeważnie o cen­nych szatach i naczyniach albo o przedmiotach ulanych z krusz­cu, stosownie do okoliczności. Wspomnieliśmy już o srebrnym ramieniu posłanym przez Mieszka I na grób św. Udalryka w Augsburgu; także rękę, rzekomo nawet ze złota, miał podaro­wać Krzywousty jednemu z rycerzy, który utracił ramię w bit­wie. Najdokładniejszy opis innego, podobnego wypadku przynosi Gall Anonim opowiadając, jak to Władysław Herman, gdy prosił Boga o potomka, za radą biskupów wysłał do opactwa SaintGilles w Prowansji ulany z najczystszego złota kielich i posążek chłopca; „za chłopca daj chłopca — powiada Gall — za fałszy­wego daj prawdziwego. Stwórz cielesnego, zachowując sobie zło­tego! Cóż więcej? Jeszcze postu mnisi w Prowansji nie dopełnili, a już matka w Polsce doznała radości poczęcia syna!” 20 Może nie wszystkie podobne wota miały równie natychmiastowy skutek, ale na pewno w sumie obciążały one znacznie skarbiec władców. Skąd więc książęta nasi czerpali dostateczne po temu zasoby, gdy złoto, jak wiemy, w ogóle nie docierało do Polski w drodze wy­miany handlowej? Źródła, przynajmniej częściowo, przynoszą odpowiedź na to py­tanie. W świetle owych przekazów skarbce władców zasilane były w zasadzie tymi samymi kanałami, którymi następnie ich zasoby odpływały dalej.

Mamy bowiem wiadomości o podobnych darach otrzymywanych przez książąt polskich, o trybutach lub haraczach ściąganych z sąsiadów w bardziej pomyślnych okolicznościach, wreszcie o łupach zagarnianych podczas wypraw wojennych. Szczególnie znaczne ilości kruszcu napłynęły do Polski, zwłaszcza do skarbca książęcego, w wyniku wypraw kijowskich Bolesława Chrobrego i Bolesława Śmiałego. Jak już wzmiankowaliśmy, zdobycz uzyskana przez Śmiałego mogła nawet stanowić podsta­wę do rozpoczęcia produkcji menniczej na dużą skalę. Fragment owych wydarzeń odsłania kronika Galla w anegdotycznej opo­wieści, mówiącej, jak to książę ruski Izjasław, osadzony przez Śmiałego w Kijowie, prosił władcę polskiego, by ten „wyjechał naprzeciw niego i oddał mu pocałunek pokoju dla okazania czci jego narodowi; wprawdzie polski król zgodził się na to, ale ruski musiał dać, czego ów zażądał. Zliczywszy mianowicie ilość kro­ków konia Bolesława Szczodrego od jego stacji do miejsca spotka­nia, tyleż grzywien złota złożył mu Rusin. I bynajmniej nie zsia­dając z konia, lecz brodę jego ze śmiechem targając, dał mu Bole­sław ten dość kosztowny pocałunek”. Widzimy więc, iż drogi, którymi złoto napływało do skarbca książęcego, bywały osobliwe, jednakże niosły ilości kruszcu do­stateczne, by sprostać nawet nie najpilniejszym potrzebom.

Bole­sław Śmiały już u współczesnych zyskał sobie przydomek „Szczo­drego” dzięki hojnemu szafowaniu swymi zasobami. Gall Anonim przytacza inną anegdotę charakteryzującą skarbiec tego władcy: „Pewnego dnia siedział Bolesław Szczodry w mieście Krakowie we dworze przed pałacem i tamże oglądał rozłożone na kobier­cach haracze Rusinów i innych ludów, składających daniny. Zda­rzyło się, że był przy tym obecny pewien ubogi a obcy kleryk i zobaczył ogrom tak niezmiernego skarbu. Gdy tak z szeroko rozwartymi oczyma patrzał na te masy pieniędzy i myślał o włas­nym ubóstwie, westchnął z głośnym jękiem”. Dalszy ciąg opo­wieści mówi, jak król ulitował się nad owym klerykiem i hojnie go obdarował: „Przystąp tedy do pieniędzy, które podziwiasz, i ilekolwiek zdołasz za jednym dźwignięciem unieść, będzie two­im”; po czym „do tego stopnia objuczył kleryka złotem i srebrem Szczodry król, że tenże aż zawołał, iż mu szyję zdusi, jeśli jeszcze więcej dołoży”.22 Pomijając stronę anegdotyczną tej historyjki i zawartą w niej wyraźną przymówkę, iż postępek króla stanowi „wzór do naśla­dowania przez następców” 23, a więc wzór dla Krzywoustego, na którego dworze Gall, sam obcy kleryk, przebywał, mamy tu bez pośrednie poświadczenie lokalizacji skarbca Bolesława Szczodre­go na Wawelu.

Po katastrofie tego króla w 1079 r. skarbiec ów wraz z główną siedzibą Władysława Hermana został prawdopo­dobnie przeniesiony do Płocka, w Krakowie zaś pozostała jedynie mennica. W każdym razie w 1102 r. na wieść o śmierci Władysła­wa obaj jego synowie, Bolesław i Zbigniew, przybyli natychmiast do Płocka i tam, „nie pochowawszy jeszcze ojca, wielki stoczyli z sobą nieledwie zatarg o podział skarbów i królestwa”.24 Nie jest jasne, czy w wypadku tym chodziło o podział skarbu w znaczeniu dosłownym, czy też głównie o insygnia władzy monarszej, jak przypuszczają niektórzy badacze. Te ostatnie już kilka lat póź­niej miały się ponownie znajdować w Krakowie, w skarbcu wa­welskiej katedry. W 1110 r. na polecenie ówczesnego biskupa krakowskiego, Maura, sporządzono dokładny inwentarz zasobów tego skarbca, obrazujący zarówno jego rozmiary, jak i charakter. Wedle inwen­tarza przechowywano tam wtedy różne szaty, naczynia i ozdoby kościelne, złote, pozłacane i srebrne, wyjątkowo zaś miedziane. Samych kielichów znajdowało się w skarbcu wawelskiej katedry osiemnaście, w tym sześć złotych i dwanaście pozłacanych. Krzy­ży było trzynaście, z czego trzy szczerozłote, oraz wiele innych przedmiotów, a wśród nich „korona złota; dwie korony srebrne, wiszące”.25 Nie jest zupełnie wyjaśnione, czy wspomniane tu ko­rony, szczególnie złota, są właśnie owymi dawnymi insygniami, które zdobiły niegdyś skronie Bolesława Śmiałego, później zaś zostały złożone widocznie jako wota w katedrze krakowskiej i cze­kały tam daremnie na odnowienie godności królewskiej przez na­stępnych władców Polski.

Nie można bowiem wyłączać, jak sądzą inni badacze, iż były to tylko jakieś oprawy lamp kościelnych albo kosztowne relikwiarze. Do tych ostatnich należy zresztą osobli­wość skarbca wawelskiej katedry, mianowicie skorupy dwu jaj strusich, używane wtedy prawie w całej Europie chrześcijańskiej do przechowywania relikwii. Spis nie podaje jednak, czy w na­szym wypadku były to tylko puste zasobniki, czy też wypełniały je jakieś szczątki świętych. Zasoby skarbca katedry krakowskiej miały więc przede wszyst­kim charakter kultowy, o wartości nie zawsze dającej się określić za pomocą złota. Zaliczyć do nich wypada także księgozbiór świątyni wawelskiej, bogaty jak na owe czasy, bo liczący wedle wspomnianego spisu inwentaryzacyjnego około sześćdziesięciu pozycji, nie tylko liturgicznych, ale i świeckich, należących do po­czytnych wtedy dzieł literatury starożytnej. Biblioteka ta miała ogromną wartość zarówno jako dobro kulturalne, jak i materialne, ale trudno przeliczyć ją na kruszec. Inne skarbce kościelne i klasztorne w Polsce drugiej połowy XI w. były prawdopodobnie mniej pokaźne, jednakże w sumie nagromadziło się w nich stosunkowo bardzo wiele srebra, a zwła­szcza złota. W razie potrzeby zwierzchnicy kościelni czerpali z tych zasobów, zmieniając kruszec na pieniądz. W jednym z kla­sztorów zachodnioeuropejskich na przykład wskutek trudności finansowych przetopiono najprzód jedną, a potem drugą nogę postaci Chrystusa ze złotego krucyfiksu; były to jednak oczywi­ście wypadki wyjątkowe, sprzeczne z zasadniczym kierunkiem obiegu pieniądza kruszcowego, który raczej wiązł w tych skarb­cach na długie nieraz stulecia. Po skarby kościelne sięgali też niekiedy władcy świeccy.

Naj­bardziej jaskrawego przykładu dostarczają tu dzieje skarbów ka­tedry gnieźnieńskiej. W pierwszej połowie XI stulecia w związ­ku z kreowaniem metropolii i rozkwitem kultu św. Wojciecha katedra ta miała najzasobniejszy skarbiec kościelny w Polsce. Zgromadzono w nim ogromne ilości złota i srebra, pochodzące tak z darowizn samych władców polskich, jak i z darów obcych, a nawet ze składanych tu świadczeń trybutarnych. Jeszcze w la­tach dwudziestych XII w. książę pomorski Warcisław właśnie na grobie Św. Wojciecha złożył trybut pieniężny na dowód podpo­rządkowania Się Bolesławowi Krzywoustemu i powrotu, po czasowym odstępstwie, do wiary chrześcijańskiej. Główne zasoby kruszcowe tej katedry powstały wprawdzie jeszcze za Chrobrego ale następnie, w 1039 r. zostały złupione przez czeskiego’ księcia Brzetysława I, który zresztą w swej wyprawie na Polskę nie oszczędził i skarbców książęcych. Kronikarz czeski, Kosmas, pochodzący z polskiej rodziny upro­wadzonej w 1039 r. do Czech, opowiada szczegółowo o uroczystym pochodzie, w którym zwycięski Brzetyslaw powracał do Pragi: na czele sam książę z biskupem praskim Sewerem nieśli zwłoki św. Wojciecha, potem opaci i inni duchowni — ciała Radzima Gaudentego oraz Pięciu Braci, eremitów, zamordowanych w 1005 r. przez rabusiów, którzy poszukiwali u nich srebra; wreszcie dwu­nastu dobranych księży z trudem miało dźwigać złoty krucyfiks ulany z kruszcu, który Bolesław Chrobry rzekomo mierzył potrój­ną wagą własnego ciała (a jak wiemy z kroniki ruskiej, „był Bo­lesław wielki i ciężki, że ledwie na koniu mógł usiedzieć, ale by­strego umysłu!”26). Dalej niesiono trzy tablice złote, ustawione poprzednio w Gnieźnie wokół ołtarza ze zwłokami św. Wojcie­cha.

Największa z nich miała pięć łokci długości, dziesięć piędzi szerokości i była bogato ozdobiona drogimi kamieniami, kryszta­łem i bursztynem, a na jej krawędzi widniał wiersz łaciński: „trzykroć sto liber [funtów] złota waży ten przedmiot”.27 Na koń­cu pochodu, na przeszło stu wozach, wieziono dzwony kościelne i różne inne skarby zagarnięte w Polsce. W opisie swym, sporządzonym prawie w wiek po wypadkach 1039 r., Kosmas bez wątpienia przecenił tę zdobycz. Na pewno jednak była ona bardzo znaczna. Gdyby go odczytać dosłownie, to ilość złota zagarniętego przez Czechów w samej katedrze gnieźnieńskiej należałoby szacować w przybliżeniu na co naj­mniej 400 kg. W każdym bądź razie znaczną jego część stanowić musiało złoto złupione dwadzieścia lat wcześniej przez Chrobrego w Kijowie, które w ten sposób przeszło ze skarbca do skarbca, nie trafiając po drodze prawie wcale do szerszych grup społeczeń­stwa. Może tylko najbliższe otoczenie księcia, obok Kościoła, częściowo uczestniczyło w tych zdobyczach. Przytoczone uprzed­nio relacje Galla o powszechności złota na dworze Bolesława Chrobrego i o noszeniu tam ciężkich ozdób kruszcowych stanowią odbicie tradycji dworskiej, żywej jeszcze po całych stu latach, tradycji o czasach szczególnej pomyślności grupy feudałów, gdy złoto „było w powszechnym posiadaniu u wszystkich jak [dziś] srebro, srebro zaś było tanie jak słoma”.

Tradycja ta może w pewnym stopniu wyraża istotny kryzys w stanie posiadania feudałów, wywołany powstaniem ludowym i najazdem czeskim, chociaż cały opis „złotego wieku” za Chro­brego, przeciwstawiony mniej świetnemu okresowi rządów Bole­sława Krzywoustego, jest również tylko jedną ze zwykłych legend o „dawnych dobrych czasach”, znanych wszystkim epokom, od starożytności do dnia dzisiejszego. Niewykluczone, iż koncentracja kruszców szlachetnych w rękach możnych była na początku XII w. nie mniejsza niż za pierwszych Piastów, a może nawet o wiele większa. Skarbce feudałów, znane mniej dokładnie, sta­nowią przecież wówczas obok skarbców książęcych i kościelnych trzeci ważny punkt osadzania się złota i srebra. Szczególną sławę, jeśli chodzi o nagromadzenie bogactw, zyskał wielmoża Piotr Włostowic, palatyn Bolesława Krzywoustego i Władysława Wygnańca, zresztą oślepiony później i wypędzony przez ostatniego z tych władców. Wedle legendy, która nadała Włostowicowi przydomek „Dunina”, miał on zdobyć w czasie wy­prawy morskiej do Danii skarby tak olbrzymie, iż pozwoliły mu one rzekomo na ufundowanie 77 kościołów, co było wtedy przed­sięwzięciem niespotykanym. W rzeczywistości z działalnością Włostowica można dziś wiązać konkretnie zaledwie kilka świą­tyń i fundacji klasztornych, nie ulega jednak wątpliwości, iż skarbiec jego nie świecił pustkami.

Nie mamy tego rodzaju danych o Sieciechu, ale sam fakt bicia przezeń własnej monety również wskazuje na dysponowanie du­żymi zasobami kruszcu. Inne podobne dane dotyczą możnych po­morskich z początków XII stulecia, którzy z handlu, a często też z rozboju morskiego, ciągnęli pokaźne dochody. Jest to już jednak zjawisko leżące na pograniczu tej formy koncentracji kruszcu w rękach poszczególnych, zamożniejszych jednostek społeczeń­stwa, którą wspominaliśmy wielokrotnie, mówiąc o tzw. skarbach srebrnych, znanych nam z setek znalezisk archeologicznych z okresu wczesnego średniowiecza. Jeszcze raz więc powróćmy do tego materiału, by się przekonać, co w istocie reprezentują owe zabytki jako świadectwo gromadzenia i przechowywania pienią­dza, a więc jako wyraz jego tezauryzacji. Między skarbcem książęcym, skarbcami kościelnymi i może także skarbcami wielkich feudałów a skarbami ukrytymi masowo w ziemi, „pod kamieniem”, w naczyniach glinianych, istnieje za­sadnicza różnica nie tylko w zakresie ich niejednakowej wielko­ści, ale i w zakresie ich niejednakowego tworzywa.

W pierwszych, jak można sądzić z przytoczonych tu relacji kronikarskich, osa­dzała się większość znajdującego się ówcześnie w Polsce złota, w drugich, jak już wiemy, koncentrowało się wyłącznie srebro. Przyczyną tej różnicy są odmienne kanały dopływu obu kruszców, złota — pozaekonomiczne, srebra — przede wszystkim handlowe. Jednakże nawet na wspólnym rynku, jeśli złoto niekiedy tam tra­fiało, oba tak pokrewne sobie metale zachowywały się niby dwa podobne, ale odmienne pod względem ciężaru właściwego płyny wlewane do jednego naczynia, w którym po chwilowym zmieszaniu szybko podlegały rozwarstwieniu. W naszym wypadku różnica między nimi, wyrażająca się głównie w różnicy ich wartości względnej, powodowała, iż złoto wydostawało się z obrotu, szło do skarbców centralnych i tam się osadzało, podczas gdy srebro w swej przeważającej masie krążyło wśród ludności lub było przez nią tezauryzowane właśnie w owych zakopywanych w ziemi skarbach. Pod względem ogólnej ilości skoncentrowanego srebra depo­zyty takie na pewno przewyższają wielokrotnie zasoby skarbca książęcego, a jednocześnie reprezentują część masy kruszcowej pozostającej całkowicie poza zasięgiem zwierzchnictwa władcy.

Ich powstanie i rozwój uzależnione były wyłącznie od stosunków ekonomicznych ludności i w dużym stopniu stosunki te odbijają. Z samej ich mnogości, oczywiście tylko do schyłku XI w., można by nawet wnioskować, iż znaczną większość srebra, sprowadzo­nego do Polski z zewnątrz w zamian za miejscowe towary, lud­ność odkładała w podobnych depozytach. Jest to jednak złudzenie, wywołane przez punkt i możliwości naszej obserwacji, rejestru­jącej przede wszystkim ten właśnie rodzaj znalezisk. Złudzeniu takiemu przeczy już sam fakt, że dla ówczesnych mieszkańców Polski nie miałoby żadnego celu ani sensu oddawanie swych towa­rów za srebro, które by nie znajdowało innego zastosowania, jak złożenie go do naczynia i ukrycie w ziemi. Jednakże zjawisko to było na tyle rozwinięte, że należy mu się baczna uwaga. Dobrze wiadomo, że zakopywanie mienia, szczególnie kruszco­wego, nie jest właściwością tylko wczesnego średniowiecza.

Po­stępowano tak i w jeszcze dawniejszych, i w najnowszych, współ­czesnych nam latach, zwłaszcza w okresach wojen lub innych nie­pokojów, zagrażających całości dobytku ludzkiego. Na taką wła­śnie przyczynę ukrywania w ziemi skarbów wczesnośredniowiecz­nych wskazuje bezpośrednio niemiecki kronikarz Helmold, opisujacy w drugiej połowie XII w. dzieje Słowian obodrzyckich, za­mieszkałych w Wagrii, w okolicach dzisiejszej Lubeki. „Ilekroć zabrzmi wrzawa wojenna — stwierdza on — [Słowianie] chowają w jamach całe wymłócone zboże, srebro, złoto i kosztowności, a żony i dzieci chronią w obwarowaniach i w lasach i nic nie po­zostawiają do złupienia”. 2!> Opis Helmolda na pewno oddaje rzeczywistość, nie wynika stąd jednak, co chętnie przyjmuje część badadzy, by wydarzenia wo­jenne były wyłącznym czy choćby głównym powodem zakopy­wania skarbów srebrnych we wczesnym średniowieczu. Rzecz szczególna, właśnie z lat opisywanych przez Helmolda nie znamy prawie wcale podobnych zabytków, a setki ich pochodzą z okresu o wiek wcześniejszego.

Ale jeśli porównamy czas i miejsce ukrycia tych skarbów z miejscem znanych nam wielkich wojen owego okresu zbieżność pomiędzy tymi zjawiskami zarysuje się bar­dzo słabo, a niekiedy wręcz nie da się stwierdzić. Na przykład jedne z najcięższych walk, które objęły prawie całe Pomorze, miały miejsce w początkach XII w., gdy Bolesław Krzywousty z wielkim trudem zbrojnie realizował złączenie tej ziemi ze swym państwem. Naprawdę trudno o lepszą okazję do ukrywania w ziemi wszelkiego typu skarbów, a tymczasem znale­ziska pomorskie bynajmniej nie potwierdzają takiego domysłu. Nawet przeciwnie, skarby, liczne tu do schyłku XI stulecia, w początku XII zupełnie zanikają, tak że niemal żadnego z tych zabytków nie można łączyć z przebiegiem owych bitew. Podobne, acz mniej jaskrawe przykłady można przytoczyć ze Śląska, na którym lata walk Chrobrego z cesarzem nie pozostawiły żadnego znaczniejszego osadu depozytów srebrnych. To samo można stwier­dzić o czasach powstania ludowego i najazdu Brzetysława I, acz­kolwiek wydarzenia te, skierowane szczególnie przeciw warstwie feudałów, mogłyby bardziej niż inne okoliczności skłaniać co za­możniejszych ludzi do ukrywania w ziemi swego dobytku kruszco­wego.

I tutaj jednak skarby pochodzące z tego okresu nie są wcale liczniejsze niż z innych dziesięcioleci XI w. Oczywiście nie wynika stąd wcale, by żaden z takich skarbów nie został ukryty w obliczu wojny czy najazdu; zapewne wiele z nich ma taką właśnie genezę. Ważne jest jednak, że czynnika tego nie można uogólniać, zwłaszcza zaś traktować jako główną przyczynę zakopywania depozytów srebrnych, której więc należy szukać gdzie indziej. Zresztą samo pojęcie łączności z wypadkami wojennymi może tu mieć różne znaczenia. Związek ów mógł być przecież nie tylko bezpośredni, gdy posiadacz skarbu, słysząc tętent koni najezdnika, co rychlej kopał dołek i wrzucał tam swe mienie. Sam fakt starannego zazwyczaj ukrycia i zabezpieczenia skar­bów srebrnych wskazuje, że przeważnie chowano je nie w obliczu wroga i w trwodze, ale spokojnie i rozważnie. Nie sam więc moment ukrycia depozytu jest tu miarodajny, ale moment jego zatraty przelz właściciela.

Każdy bowiem, kto zakopywał swój skarb, czynił to oczywiście w przekonaniu, że wcześniej czy później wydobędzie go z kryjówki i zużytkuje w jakiś właściwy sposób. Te skarby, które znamy ze znalezisk, prezentują wypadki właśnie nietypowe, świadczące, że posiadacze skarbów nie spełnili swego zamierzenia i nie wydostali ich potem z ziemi. Może nieraz stało się tak istotnie na skutek wojen, gdy właściciel zakopanego skarbu poległ w walce lub popadł w niewolę. W takich wypadkach jednak związek skarbu z wojną jest już bardziej pośredni i niekoniecznie zbieżny w przestrzeni, bo przecież Mazowszanin mógł polec w obronie Śląska, a Małopolanin na wyprawie pomorskiej. Obok tego rodzaju wypadków jest jednak równie możliwe, że właściciel po prostu nie potrafił odnaleźć swego depozytu, albo też, że nie miał konkretnej potrzeby wydobywania skarbu i zmarł, nie zdra­dziwszy nikomu miejsca jego ukrycia. Można snuć wiele podobnych domysłów, nie od nich jednak zależy istotna ocena tych zabytków.

Z punktu widzenia historii pieniądza ważny jest, niezależnie od przyczyn, sam fakt zatraty skarbu, bardziej brzemienny w skutki niż poprzedzający go fakt zakopania depozytu w ziemi. Bo zauważmy: skarb umieszczony w naczyniu pod kamieniem nie różni się jeszcze w sposób zasad­niczy od takiego samego zespołu pieniędzy przechowywanych na przykład w obrębie domostwa; nie bierze on wprawdzie bezpośred­niego ucłziału w obrocie, ale właściciel w każdej chwili może go podjąć w całości lub części i spożytkować wedle swego uznania. Skarb taki pozostaje więc nadal elementem życia gospodarczego społeczeństwa, wywiera chociażby biernie swój wpływ, „liczy się” jako zgromadzona i bezpiecznie przechowywana wartość. Dopiero w opisanym przed chwilą momencie zatraty depozyt ten zmienia zasadniczo swą funkcją społeczną: przestaje istnieć jako konkretna wartość ekonomiczna, zostaje wyłączony nie tylko z obrotu, ale w ogóle z życia gospodarczego epoki i społeczeństwa, przynajmniej do czasu, gdy ktoś szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie natrafi na niego i tym samym nie wskrzesi ponownie jego funkcji.

Najważniejsze pytania dotyczące omawianych przez nas skar­bów obracają się jednak nie tyle wokół ich dalszych losów, pod­jęcia lub zatraty, ile dookoła warunków i przyczyn ich powstania. Jakie treści historyczne wyraża sam fakt formowania się takich zespołów, jakie stosunki społeczne i gospodarcze znajdują w nim odbicie? Przede wszystkim bowiem spotykamy się tu ze zjawiskiem kumulacji względnie dużych wartości w rękach pewnej grupy osób, która następnie wartość tę przekształcała w formę pieniężną i tezauryzowała w ziemi. Kto więc miał warunki i możliwości do przeprowadzania takich zabiegów i komu to było potrzebne? Pytanie o właścicieli skarbów wczesnośredniowiecznych uczeni rozpatrywali już wielokrotnie, wysuwając nader różnorodne do­mysły i przypuszczenia. Jeden z takich domysłów, upatrujący właścicieli owych depozytów w osobach obcych kupców, omówili­śmy poprzednio, wykazując jego bezpodstawność. Nie lepiej uza­sadnione są przypuszczenia, że skarby te należały do złotników, mincerzy, a nawet, jak chcieli międzywojenni badacze niemieccy i skandynawscy, iż są one depozytami kultowymi zakopywanymi rzekomo przez Wikingów. Wszystkie te pomysły zostały odrzucone przez nowsze badania, które wykazały, że niewątpliwie chodzi tu o ludność miejscową, polską, i prawdopodobnie przede wszystkim o grupę feudałów, a w pewnym stopniu może też o zamożniejszych kmieci.

Nie trzeba w ogóle uzasadniać, że aby ukryć skarb, należy go najprzód zgromadzić. Zgromadzenie zaś pieniądza w ówczesnych warunkach oznaczało dysponowanie pewnymi wartościami, które zostały na ten pieniądz wymienione bądź jednorazowo, bądź też stopniowo. Stąd możliwości uskładania takich ilości srebra, szcze­gólnie pokaźniejszych, miała przede wszystkim ta grupa społeczna, która w najszerszym stopniu dysponowała nadwyżkami produk­cyjnymi, możliwymi do zamiany na kruszec, a wiec grupa feuda­łów. Oczywiście poglądu takiego nie można i nie powinno się generalizować i uważać iza jedynie trafny. Obok skarbów wielkich, złożonych z całych kilogramów srebra, które istotnie trudno by było związać z inną grupą ludności, mamy też szereg depozytów nieznacznych, obejmujących kilkanaście czy kilkadziesiąt, nie­kiedy nawet tylko kilka monet, których łączna wartość nie prze­kraczała na pewno możliwości kumulacyjnych ludności kmiecej czy rzemieślniczej.

Jaskrawy przykład stanowić tu może nieduży skarb odkryty w miejscowości Dębczyno na Pomorzu Zachodnim. Składał się on z kilkunastu monet i paru fragmentów ozdób srebrnych, a nad­to zawierał jeszcze nóż żelazny i osełkę do ostrzenia. Przedmioty te, ukryte razem że skromnym zapasem pieniędzy, stanowiły widocznie dla ich posiadacza przedmiot szczególnej troski i przed­stawiały w jego oczach wartość stosunkowo pokaźną. Nie był to więc chyba feudał ani żaden inny reprezentant grupy ówczesnych możnych, lecz raczej jakiś kmieć, któremu nie udało się później odzyskać owego dobytku. Podobnie i wiele innych depozytów analogicznej wartości można z niejakim prawdopodobieństwem przypisywać ludności kmiecej, drobnemu rycerstwu, a może rów­nież rzemieślnikom. W pewnym stopniu należy się też liczyć z kształtującą się do­piero rodzimą grupą kupiecką jako czynnikiem powstawania po­dobnych depozytów. Nie kupcy obcy, którzy, jak mówiliśmy wcześniej, nie mieli żadnych powodów do zakopywania „po drodze” swoich pieniędzy, nie kupcy miejscowi, pełniący już zawodowo i stale czynności pośredników wymiany, którzy gromadzili środki pieniężne, ale i obracali nimi nieustannie, lecz właśnie najbardziej chyba typowa w tym okresie grupa kupiectwa ledwie na pół uzawodowionego, wyłaniająca się dopiero, rekrutująca się spośród mieszkańców podgrodzi, czy nawet z ludności wiejskiej — mogła być czynnikiem, który koncentrował już pewne ilości środków wymiany, nie pozostające jeszcze w ciągłym obrocie.

„Kupcy” tacy działali początkowo na pewno tylko w sposób akcydentalny, od wypadku do wypadku, a w przerwach między zajęciami han­dlowymi zajmowali się uprawą roli czy rzemiosłem, deponując na ów czas w bezpiecznym miejscu posiadane zasoby pieniężne. Cały obrót pieniądza był zresztą w owym okresie stosunkowo bardzo powolny. Czy to moneta, czy kawałek srebra nie natychmiast przechodziły od jednej transakcji do drugiej, od jednego ich posiadacza do następnego; niekiedy może i przez szereg lat pozo­stawały w spoczynku. Wprawdzie wielokrotnie obserwujemy ślady znacznego nawet ich zużycia, ale pamiętać musimy, iż narastały one nieraz w ciągu długich dziesięcioleci. Powolny obrót pieniądza niewątpliwie sprzyjał zjawisku tezauryzacji, formowaniu się mniejszych lub większych depozytów. W każdym razie są one wyraźnym świadectwem pewnej nadwyżki pieniądza srebrnego na ówczesnym rynku polskim, zrozumiałej wobec masowego i sta­łego przez dwa stulecia napływu monety obcej na nasze ziemie. Stopnia tej nadwyżki nie należy jednak przeceniać.

Niektórzy badacze przypuszczają, że w skarbach zalegała w ogóle większa część masy kruszcowej znajdującej się w Polsce w X i XI stu­leciu. Taki pogląd wydaje się zbyt skrajny. Część ta, choć nie można jej dziś dokładnie określić, wyraźnie chyba ustępowała części pozostającej w obrocie. Dowodem jest już sam fakt nagłego i całkowitego zaniku skarbów srebrnych na przełomie XI i XII w. Gdyby do owego czasu funkcja tezauryzacji dominowała niepo­dzielnie nad funkcją pieniądza jako środka obiegowego, to musieli­byśmy się zgodzić, że w ciągu zaledwie kilkunastu lat powstał i zaczął intensywnie działać prawie nie istniejący uprzednio rynek pieniężny, który od razu wchłonął wszystkie stezauryzowane rezerwy srebra, uniemożliwiając zarazem formowanie się nowych depozytów. Ale tak gwałtowne przeobrażenie struktury gospo­darczej niemal całego kraju, a nawet niemal całej strefy nad­bałtyckiej, jest zgoła nieprawdopodobne. Jeżeli jednak przyjmiemy, że skarby te stanowiły tylko nie­wielką część srebra w porównaniu z masą pieniędzy krążącą już na rynku, to ich likwidacja w okresie ustania dopływu srebra obcego stanie się zjawiskiem naturalnym i zrozumiałym. Stale, z wolna rozwijający się rynek, oparty na coraz wydajniejszej produkcji towarowej i coraz pełniejszym podziale pracy, coraz bardziej potrzebujący pieniądza, gdy tylko odczuł jego niedosta­tek, zażądał podjęcia wszelkich rezerw ukrywanych w ziemi, które i tak, jak wiemy, nie skompensowały wszystkich potrzeb w tej mierze. Jedynie skarbce centralne, należące do księcia, Kościoła czy innych wielkich feudałów, oparły się temu procesowi.

Nie jest też chyba przypadkiem, że nieliczne skarby, które znamy z początków XII stulecia, są niemal wyłącznie depozytami najwyższego rzędu. Znany nam już skarb ze Słuszkowa, ten sam, który dostarczył ponad stu monet palatyna Sieciecha, ważył prze­szło 10 kilogramów; zbliżonej wielkości były też skarby z Łupawy i z Malczkowa na Pomorzu, datowane na pierwszą ćwierć XII w. One właśnie, należące do nie znanych nam z imienia, ale niewąt­pliwie najsilniejszych ekonomicznie jednostek, były w stanie oprzeć się powszechnemu głodowi pieniądza srebrnego. Znikły natomiast wszystkie drobne depozyty kmiece czy kupieckie, lud­ności wiejskiej czy rzemieślniczej, wchłonięte przez rosnącą ciągle machinę obrotu, ujmowaną zarazem coraz bardziej twardo w ramy systemu książęcej gospodarki pieniężnej. Na zakończenie spójrzmy więc jeszcze przez chwilę na tę naj­ważniejszą sferę użytkowania wczesnośredniowiecznego pieniądza polskiego, dającą miarę dojrzałości jego rzeczywistego rozwoju.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.