Z rąk do rąk

Zagadnienie wewnętrznego obrotu pieniężnego na ziemiach Polski wczesnośredniowiecznej przewijało się przez wszystkie roz­działy naszej książki jako bliższe lub dalsze, ale stale zarysowujące się tło opisywanych w niej zjawisk. I nic w tym dziwnego; gdy­byśmy nie mieli go wciąż na uwadze, nie moglibyśmy w ogóle mówić o dziejach pieniądza. Teraz, na zakończenie — gdy znamy już w przybliżeniu ważniejsze fakty i materiały, gdy wiemy, jak pieniądz ówczesny wyglądał i skąd jest nam znany, z jakiego kruszcu, w jaki sposób, gdzie i kto go sporządzał, jakie zasadnicze funkcje spełniał, jak go odmierzano i liczono, ile był wart oraz jakim celom i potrzebom społecznym służył — postarajmy się jeszcze zestawić i bliżej oznaczyć zakres i sposób użytkowania pieniądza w praktyce życia codziennego, w ciągłym obiegu z rąk do rąk wśród mieszkańców ziem polskich w X, XI i XII stuleciu.

Obraz tego obrotu, obejmującego coraz szersze rzesze społeczeń­stwa i sięgającego do najdalszych zakątków kraju, jest tak zło­żony, a zarazem nie zawsze w pełni czytelny, jak złożony i nie zawsze zupełnie wyraźny jest cały obraz ówczesnych stosunków społecznych i gospodarczych, wyłaniający się z cieniów tej dawnej epoki. Widzieliśmy już na niejednym przykładzie, z jak drobnych, częstokroć z pozoru Zupełnie nieważkich okruchów wiadomości wypada nam odtwarzać poszczególne fakty lub zjawiska; tym trudniej z fragmentów takich złożyć pełny zarys procesu histo­rycznego, zwłaszcza na wycinku dotyczącym spraw pojedynczo błahych, nie pozostawiających wyraźniejszych śladów, a dopiero w sumie składających się na wielką falę rozwoju gospodarczego. Przytaczaliśmy wyżej garść tekstów zaczerpniętych od ówczes­nych pisarzy. Dotyczyły one przede wszystkim spraw takich, jak zdobycze wojenne władców, zasoby ich skarbców, opłaty trybutarne albo pobożne darowizny, czasem też anegdoty dworskie lub legendy narosłe wokół ‚złota książęcego.

Wszystkie te sprawy bo­wiem interesowały bezpośrednio dawnych kronikarzy i były przez nich uznawane za godne uwiecznienia na pergaminie. Nie ich natomiast nie obchodziły kwestie tak wówczas błahe z pozoru, jak zakres i sposób użytkowania pieniądza przez ogół ludności, jego brak albo nadmiar na rynku, ceny płacone na targu za nóż żelazny lub za bochenek chleba. Jedynie pisarze arabscy, zaintere­sowani w wymianie handlowej z północą, sprawom tym poświęcili wnikliwą uwagę, ale jak wiemy, ich informacje są dla stosunków polskich tylko materiałem o charakterze porównawczym. Dopiero w drugiej połowie XII w., a zwłaszcza w stuleciu na­stępnym, sytuacja uległa pewnej zmianie. Pojawiły się wtedy i mnożyły liczne dokumenty dotyczące rozmaitych świadczeń i transakcji, dochodów i wydatków różnych instytucji, wzmian­kujące zarazem o cenach, rodzajach pieniądza, sposobach jego liczenia i tak dalej. W większości wypadków dokumenty owe uka­zują jeden tylko typ kanałów obrotu wewnętrznego, tych miano­wicie, które łączyły ludność kraju z władcą; rzadziej mamy w nich wiadomości o transakcjach pieniężnych przeprowadzanych pomię­dzy osobami prywatnymi, a zresztą dotyczą one przeważnie sto­sunków wśród przedstawicieli grupy feudalnej uprawiającej wy­mianę wyższego rzędu, liczoną częściej w grzywnach srebra niż w pojedynczych denarach.

Niemniej wszakże źródła te, choć nie­kompletne i późne, odbijające już bardziej zaawansowany etap rozwoju polskiego rynku pieniężnego, rzucają pewne światło także na lata wcześniejsze i na sam proces kształtowania się tego rynku. Węzłowymi punktami lokalnego obrotu pieniężnego, ukazanymi przez wspomniane przed chwilą źródła, były targi, odbywane okresowo we wszystkich ważniejszych miejscowościach. Pod ko­niec XII w. znamy ich kilkadziesiąt, ale na pewno istniało ich w rzeczywistości więcej i na pewno znaczna ich część powstała o wiele wcześniej. W dokumentach są one wspomniane dlatego, że stanowiły wówczas jedno ze źródeł dochodów księcia, zastrze­żonych przezeń jako jego wyłączne prawo („ius regale”), a pobie­ranych w postaci pieniężnej od wszystkich uczestników prowa­dzonej na targach wymiany. Zanim jednak doszło do takiego zinstytucjonalizowania targów, odbywały się one w sposób nie kontrolowany przez władcę, zależny raczej od dawnego zwyczaju, zaspokajając potrzeby wynikłe ze społecznego podziału pracy. W niektórych wielkich ośrodkach, jak np. w Szczecinie, już na początku XII stulecia targ odbywał się dwa razy tygodniowo, w innych miejscowościach prawdopodobnie najczęściej raz na tydzień, w dniu określonym, którego nazwa niekiedy przechodziła nawet na samą miejscowość.

Do dziś pamięć owych dni targowych zachowała się w nazwach Wtorku pod Kaliszem, Środy Śląskiej, Środy Wielkopolskiej, Sródki pod Poznaniem, Czwartku pod Lu­blinem, Piątku pod Łęczycą, Soboty na Śląsku i kilkunastu innych miejscowości. Targi takie koncentrowały od początku większą część wewnętrz­nego obrotu pieniężnego w skali lokalnej, a niekiedy też szerszej. Nic więc dziwnego, że z nich właśnie można było najłatwiej ścią­gać pieniądz do komór książęcych czy to w drodze opłat, pobie­ranych z tytułu zapewnionego przez władcę miru targowego, chroniącego powagą prawa i groźbą surowych kar wszystkich kupców i uczestników wymiany przed gwałtami i niepokojami, czy też dzięki usadowieniu na targach mincerzy, którzy dokony­wali tam znanej nam już wymiany monety. Miejscem szczególnej koncentracji obrotu pieniężnego były również karczmy. Znajdowały się one często przy targach, ale także przy drogach, u przepraw i mostów; czasem było ich nawet po kilka w jednej miejscowości. Szynkowano w nich piwo, może też miód, i sprzedawano inne artykuły spożywcze oraz wyroby rzemieślnicze; tu zapewne dobijano przy kuflu niejednej większej transakcji handlowej.

Nie wiemy, od jak dawna karczmy królo­wały przy drogach i na podgrodziach, ściągając chętnych do ich odwiedzenia; prawdopodobnie jednak są one zjawiskiem bardzo starym, a w każdym razie pospolitym w Polsce już na przełomie XI i XII w. Sama ich nazwa pochodzi Ze słowiańskiego wyrazu „krczag”, oznaczającego niegdyś „dzban”. W dokumentach śred­niowiecznych karczmy występują jednak zawsze pod nazwą łaciń­ską „taberna”, używaną i dziś jeszcze na określenie tawern w mia­stach portowych. Plastyczną, acz niezbyt pochlebną charakterystykę karczem wczesnośredniowiecznych podał znany nam już kronikarz czeski Kosmas, opisując zbrojną wyprawę Brzetysława I do Gniezna, uwieńczoną, jak pamiętamy, zagarnięciem bogatych łupów. Książę ten, wraz z biskupem praskim Sewerem, miał wówczas ogłosić szereg ustaw normujących różne dziedziny życia społeczeństwa czeskiego. Jedna z owych ustaw dotyczy właśnie karczem. Nakłada ona ciężkie kary na każdego, „kto by karczmę, która jest korze­niem wszelkiego zła, skąd pochodzą kradzieże, zabójstwa, cudzo­łóstwa i inne niegodziwości, założył lub założoną kupił. Karczmarz zaś, który naruszy to postanowienie, będzie przywiązany pośrodku targu do słupa i chłostany tak długo, aż bijący się zmęczy, i głowę ma mieć ogoloną. Majątek jego jednak nie będzie zabrany, jedynie napoje wylane na ziemię, ażeby nikt piciem tak przeklętym się nie pokalał.

Pijący zaś, jeśli zostaną schwytani, nie wcześniej wyjdą z więzienia, aż każdy złoży do komory książęcej 300 dena­rów”. Pomimo gromiących karczmę słów tak surowa ustawa księcia czeskiego była podyktowana nie tyle względami na zgubne skutki opilstwa, ile chęcią zapewnienia skarbowi władcy dochodów z owych zakładów. Podobnie i książęta polscy w XII i XIII w. zdołali sobie zapewnić wyłączne prawo wydawania zezwoleń na tworzenie nowych karczem i w konsekwencji ciągnięcia z nich zysków, których niekiedy ustępowali poszczególnym osobom lub instytucjom, najczęściej duchownym. Taka karczma nie była już nazywana „korzeniem wszelkiego zła”, lecz przeciwnie, znajdo­wała poczesne miejsce w dokumentach, wymieniana w szeregu innych źródeł dochodów, jak targi, młyny czy komory celne. Bo też karczmy przynosiły niekiedy bardzo pokaźne dochody, sięgające kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu grzywien srebra rocznie. Stanowi to miarę skali dokonywanego tam obrotu pie­niężnego, jak i lekkomyślności naszych przodków, zostawiających już wówczas w tego rodzaju zakładach pokaźną część z trudem zdobytych pieniędzy. Mamy tu jednak niewątpliwie do czynienia z obrotem typowo drobnicowym, w którym towar mierzono na kufle, a pieniądz na pojedyncze monety.

Niestety, nie posiadamy bliższych danych o cenach płaconych w tych „lokalach”. Orienta­cyjną wskazówką może tu wszelako służyć pewien dokument ślą­ski z 1224 r., wedle którego karczmarz od jednego wozu piwa opłacał klasztorowi, będącemu właścicielem karczmy, 2 skojce, czyli dwunastą część grzywny. Stąd roczny dochód, jeśliby wynosił tylko 10 grzywien z karczmy, stanowiłby efekt sprzedania w niej w tym czasie ok. 120 wozów piwa, a więc jeden wóz, mie­szczący zapewne ze 6 beczek, starczałby na 3 dni, w ciągu dnia zaś szłyby tu zatem co najmniej 2 beczki piwa. Innego rodzaju punktami skupiającymi pieniądz wczesnośrednio­wieczny, już nie w drodze wymiany, ale jednostronnych opłat, były komory celne ustanowione przez władców. Znajdowały się one nie jak dzisiaj na granicach państwa, lecz w jego wnętrzu, gęsto rozsiane po całym kraju, na wszystkich ważniejszych szlakach komunikacyjnych, zwłaszcza u przepraw przez rzeki, trudnych do ominięcia. Pobierano tam albo myta, od wozu lub osoby przecho­dzącej mostem, albo cła, od wiezionych czy niesionych towarów. Zachowała się pewna liczba ówczesnych taryf celnych, z XII i XIII w., określających dokładnie rodzaj i wysokość opłat pobie­ranych od poszczególnych towarów, bądź też wprost od wozu lub od statku, o ile komora leżała nad spławną rzeką. Opłaty takie nie miały charakteru wyłącznie pieniężnego. Niekiedy uiszczano je po prostu częścią wiezionego towaru, niekiedy jakimiś innymi naturaliami, jak np. bochenek chleba czy garniec miodu. Ale od początku występują wśród nich kwoty wymierzane w denarach.

Na przykład jedna z najdawniej poświadczonych komór, uloko­wana przy moście koło wsi Swielubie pod Kołobrzegiem, pobie­rała w 1159 r. od każdego wozu przejeżdżającego przez ten most dwa denary polskie i jeden bochenek chleba. Podobnie było w in­nych komorach, wielkopolskich, śląskich, mazowieckich, których ogółem znamy sto kilkadziesiąt. Kwoty pieniężne odprowadzane z nich do skarbu książęcego lub przekazywane osobom czy insty­tucjom uposażonym tymi dochodami sięgały w sumie kilkuset, później zaś kilku tysięcy grzywien srebra rocznie. Z biegiem czasu zresztą cła wyłącznie pieniężne uzyskały wyraźną przewagę nad towarowymi. Już pod koniec XII w. pobierano na przykład w Pomnichowie nad Wisłą od pustego wozu 1 denar, od sztuki bydła rogatego — 2 denary, od dwóch sztuk nierogacizny — 1 denar, od wozu z suknem — 12 denarów, a od niewolnika — 6 denarów. Jak widać, żaden towar nie był trudny do oclenia w denarach. Jedynie za wiezioną tamtędy sól płacono także solą.

Również w XII stuleciu mnożyły się rozmaite świadczenia lud­ności na rzecz władcy czy na rzecz Kościoła, składane po części w naturaliach, po części zaś w pieniądzu srebrnym. Już za Bole­sława Śmiałego ludność Mazowsza podobno uiszczała w denarach dziewięciny na rzecz biskupstwa płockiego, a w pierwszej poło­wie XII stulecia biskup pomorski pobierał od każdego oracza roczną opłatę w wysokości dwóch miar zboża i pięciu denarów. W następnym okresie podobne wiadomości są coraz liczniejsze, co wskazuje na stopniowe upowszechnianie się wszelkiego typu opłat feudalnych w postaci monetarnej. Ale i tych danych wy­starczy, by wyrobić sobie dość jasny pogląd na stopień upieniężnienia rynku wewnętrznego Polski najpóźniej w połowie XII w. Widzimy więc, że pieniądz wdrążył się już wtedy w życie ca­łego społeczeństwa, trafił do ludności miejskiej i wiejskiej, do każdego oracza, bywalca karczmy czy wędrownika, którzy musieli zabiegać o to, by zdobyć chociaż minimum denarów niezbędnych w życiu codziennym.

Jak jednak wyglądała ta sytuacja w latach wcześniejszych, których nie oświetlają źródła pisane? Czy stopień upieniężnienia rynku wewnętrznego był równie duży już w po> czątkach XI w., a może jeszcze wcześniej? Na pytania te staraliśmy się odpowiedzieć, omawiając zabytki archeologiczne, monety, sztabki, ozdoby. Wróćmy jeszcze na chwilę do tego materiału, jedynego, który nam przynosi niejakie wiadomości o interesującym nas temacie. Z góry możemy być pewni, że stopień upieniężnienia rynku był mniej znaczny w XI stuleciu niż w XII, a w X słabszy niż w XI. To jest zwykły wnio­sek, wynikający z zasadniczego kierunku rozwoju pieniądza. Pa­miętając o nim, przypomnijmy sobie jednak nasze dotychczasowe obserwacje: owe masy srebra napływające ze wszystkich stron do Polski, owo dzielenie dużych monet i ozdób na części, badanie jakości kruszcu i znaczenie jego jednostek drobnymi karbami; owo przemieszanie w zespołach tworzących skarby składników różnorodnego pochodzenia, ich rozprzestrzenienie po wszystkich zakątkach kraju, nieraz z dala od wielkich dróg i dużych ośrod­ków handlowych, przypomnijmy sobie także stopniowe prze­kształcanie się różnopostaciowych, nieregularnych kruszcowych środków wymiany, wymiernych tylko przy użyciu wagi, w znor­malizowane jednostki pieniężne, monety denarowe, będące już bezpośrednim miernikiem wartości. Wszystkie te dane odzwierciedlają mniej lub bardziej bezpośrednio proces obiegu pieniądza z rąk do rąk, na węższych lub szer­szych terytoriach. Nie potrafimy bliżej wyznaczyć przeciętnego zasięgu takiego obiegu; nie wiemy, czy moneta, raz przywieziona z zewnątrz, krążyła następnie już tylko w lokalnym obrocie, po­między uczestnikami jednego targu lub w okolicach jednej znacz­niejszej miejscowości, czy też była przerzucana stale z jednego krańca kraju na inny lub podawana kolejno z targu na targ, dzię­ki czemu przesuwała się na coraz dalsze obszary.

Późniejsze dane uczą, że monety bite w poszczególnych mennicach średniowiecz­nych na ogół krążyły w pobliżu miejsc, w których powstały, i nie ulegały w swej masie większemu rozsiewowi; są to już jednak czasy, gdy mennictwo lokalne odzwierciedla terytorializację ryn­ku pieniężnego, przeprowadzoną na zasadzie książęcego systemu fiskalnego w okresie rozdrobnienia feudalnego. W wiekach wcześ­niejszych, gdy czynniki takie jeszcze nie działały, a bił żywszym tętnem handel dalekosiężny, zasięg obiegu poszczególnych monet był prawdopodobnie znaczniejszy; oczywiście nie bierzemy tu w rachubę pierwszego przerzutu, który przynosił te monety nie­kiedy z bardzo dalekich krajów. Może w pewnym stopniu zakres obiegu monet wyznaczają śla­dy drugiej strony wymiany, czyli rozrzutu towarów, pochodzą­cych z poszczególnych warsztatów produkcyjnych. Informacje, jakich dostarcza rozrzut towarów, są bardzo trudne do odczyta­nia; pewnych prób w tym kierunku dokonano dla terytorium Ru­si wczesnośredniowiecznej i stwierdzono, że niektóre wyroby ści­śle zlokalizowanych warsztatów, zwłaszcza złotnicze, a także ceramiczne, rozprzestrzeniały się zazwyczaj w promieniu kilku­dziesięciu kilometrów od miejsca ich produkcji. Jest to więc ślad zakresu działania rynku lokalnego i może w jakimś stopniu zasadniczego pola gospodarczego, wiążącego również ówczesną monetę. Na koniec spójrzmy jeszcze raz na jej znaleziska, ale nie te wielkie i efektowne, ukrywane w naczyniach, liczące setki lub tysiące egzemplarzy, lecz na te najbardziej niepozorne, złożone tylko z pojedynczych monet. One właśnie są bezpośrednim świa­dectwem owego obrotu pieniężnego, uprawianego przez szerokie masy społeczeństwa.

Monety takie to zguby, które wyślizgnęły się przypadkowo i niepostrzeżenie z rąk sprzedawcy albo nabywcy, wpadły gdzieś w błoto czy w jakąś szczelinę i przeleżały tak ty­siące lat, do czasu odsłonięcia ich przez archeologów, rozkopują­cych centymetr po centymetrze dawne podgrodzia i osady. Znalezisk tych nie ma wiele, liczą się tylko na dziesiątki, ale to już wystarcza, by stwierdzić i ocenić skalę obiegu ówczesnych monet. Nikt pieniędzy nie gubi rozmyślnie, za każdym takim zna­leziskiem musi się więc kryć może sto, może tysiąc lub więcej aktów przekazywania sobie owych monet z ręki do ręki, uważ­nego ich liczenia i starannego zamykania w sakiewkach. Sto albo tysiąc razy wyrażono w tym pieniądzu cenę towaru, a może jesz­cze częściej transakcji nie uzgodniono lub uzgodniwszy, przepro­wadzono ją wedle dawnego zwyczaju, po prostu wymieniając topór, wart dajmy na to dwadzieścia denarów, na tyle samo war­te wory zboża czy wełny. Ale po takiej transakcji, dokonanej prze­cież przy użyciu pieniądza jako miernika wartości, nie pozostał żaden ślad możliwy dziś do odnalezienia.

Istnieje jednak pewna grupa znalezisk, która wprawdzie po­średnio, ale wymownie ukazuje tę ogólną rolę pieniądza, uznaną przez społeczeństwo wczesnośredniowieczne. Mamy tu na myśli znaleziska grobowe, oczywiście nie te, do których opatrzona otworkiem czy uszkiem moneta trafiła jako ozdoba stroju zmar­łego, ale te, w których włożono mu do ręki lub do ust mały pie­niążek jako wyposażenie na pośmiertną drogę. Uprzednio zaopa­trywano zmarłego w przedmioty użytkowe, szczególnie w jadło i napój, by mógł w sytości odbywać wędrówkę po tamtym świe­cie. Potem, w początkach XI stulecia, zamiast takiego prowiantu poczęto mu dawać pieniądz, prawda, że czasem ułamany w poło­wie albo i całkiem fałszywy, ale tym bardziej świadczący, iż w po­jęciach ówczesnych, w świadomości społecznej mieszkańców Pol­ski, rozwinął się i utrwalił osąd, że za pieniądz, za srebrną mone­tę, można otrzymać i jadło, i napój, i każdy inny potrzebny towar lub usługę. To już jest niezawodny dowód, że pieniądz jako zja­wisko społeczne wykształcił się i stał się niezbędny. Wkładano więc zmarłemu do ręki ów symboliczny wymiennik wszelkich dóbr materialnych w wierze, iż będzie mu on świadczył te wszyst­kie usługi, które począł właśnie oddawać ogółowi ludzi żyjących w naszym kraju.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.