Złom srebrny

W jednym z poprzednich rozdziałów opisaliśmy przykładowe, przeciętne znalezisko skarbu wczesnośredniowiecznego i stwier­dziliśmy, że obok różnorodnych monet zawierał on pewną liczbę ozdób i bryłek srebra lanego. Postawiliśmy wówczas kilka tru­dnych pytań, na które zabytki te powinny przynieść odpowiedź. Przyjrzyjmy się im teraz z bliska, nie tylko przez ciekawość historyka, ale i dla samej przyjemności, którą dają oczom owe arcydzieła sztuki złotniczej. Nie jest to jedynie przejaw formal­nego uznania dla szacownego przez swój wiek zabytku, co się niekiedy zdarza w innych podobnych wypadkach, lecz rzeczywisty wyraz podziwu nad wyrobami, które i dziś mogłyby stanowić biżuterię wysokiej jakości.

Znane są zresztą przykłady, gdy ozdo­by takie, o ile zachowały się nie uszkodzone, znalazcy użytkowali zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem. Rzadkie to jednak wypadki, bo ozdoby odkrywano przeważnie pocięte i pokruszone, niezdatne do żadnej naprawy. Zabytków takich znamy setki, przeważnie ze skarbów, rzadziej z grobów wczesnośredniowiecznych, do których składano je ra­zem ze zmarłym. Obecność ozdób w grobach świadczy, że użyt­kowano je zgodnie z ich właściwym przeznaczeniem, skarby natomiast ukazują ich rolę wtórną: traktowanie jako środków pieniężnych. Z samej Polski znamy dziś ok. 250 tego rodzaju znalezisk, a w całej strefie nadbałtyckiej naliczono ich prawie 1300. W innych krajach występują znacznie rzadziej i nigdy pra­wie nie są połamane na części; toteż ich związek z handlem bałtyckim jest oczywisty, należy jedynie określić, na czym ów związek polegał. Okres, w którym ozdoby te najliczniej pojawiają się w skar­bach, rozpoczyna połowa X w., a zamyka połowa XI w., aczkol­wiek w mniej częstych wypadkach występują one tak wcześniej, jak i później, w krajach zaś skandynawskich oraz na Rusi, szcze­gólnie południowej, znaczna ich liczba pochodzi jeszcze z XII w., a nawet z XIII. Jest to już jednak nieco inny typ skarbów; skła­dają się one przeważnie z ozdób zachowanych w całości i pozba­wione są monet.

Stanowią więc raczej ukryte zespoły biżuterii niż środków wymiany, chociaż dokładne rozróżnienie tych funkcji nie zawsze jest w pełni możliwe. Zapoznajmy się najprzód z głównymi rodzajami ozdób znanych ze skarbów polskich, a dopiero potem zastanowimy się nad ich rolą w dziejach naszego pieniądza. Pomimo wielkiej różnorodno­ści form łatwo wśród nich wyodrębnić zasadnicze grupy. Na plan pierwszy, choćby tylko ze względu na samą wielkość, wysuwają się okazałe naszyjniki srebrne. Przeważnie pleciono je lub wito z kilku par drutów, tworzących zwarty splot, który w środkowej części osiągał grubość palca i zwężał się stopniowo ku końcom, gdzie druty sklepywano w płaskie, podłużne płytki, długie na kilka centymetrów. Jedną płytkę opatrywano zazwyczaj małym uszkiem, a drugą zagiętym haczykiem, tak że po włożeniu na­szyjnika można go było zapiąć. Płytki ozdabiano, najczęściej wybijając na nich małymi stempelkami rozmaite wzory geome­tryczne, trójkąty, kółka lub całkiem drobne punkciki. Niekiedy wytłaczano na środku płytek jak gdyby żeberka, bardzo rzadko ryto jakieś wyobrażenia zwierząt, wyjątkowo zaś postaci ludz­kich.

Liczba rodzajów tych ozdób była ogromna, tak pod wzglę­dem wielkości oraz masy, jak i ornamentów oraz odmian splotu, czasem bardzo złożonego, niekiedy uzupełnianego jeszcze przez dodanie cienkich jak włos drucików srebrnych, ożywiających ozdobę. W niektórych skarbach znajdowano nawet po kilkanaście takich naszyjników, zachowanych w stanie nie naruszonym. Przeważnie jednak dotrwały do dziś tylko niewielkie ich frag­menty, części płytek i drutów, które po rozcięciu naszyjnika nie tworzyły już splotu, ale zachowały charakterystyczne kształty, przypominające zazwyczaj korkociąg. Nieco rzadziej od naszyjników występują w znaleziskach na­ramienniki. Wykonywano je w podobny sposób. Czasem bywały zamknięte, a wówczas wkładano je na przegub ręki, czasem zaś spiralne, a wtedy kilkakrotnie oplatały ramię. I one też miały zakończenia wykonane z rozklepanych, zdobionych płytek, ale oczywiście już bez haczyków i uszek. Stosunkowo rzadko nato­miast trafiają się u nas masywne lane bransolety srebrne, i cho­ciaż otwarte, to nie podatne na zgięcie.

Ornament ich stanowią najczęściej duże, regularne wzory geometryczne wykonane przez odlewcę, ale niekiedy znajdują się na nich motywy wybite stem­pelkiem czy nawet wykute młotkiem. Pomimo częstokroć bardzo precyzyjnego wykonania ozdoby te nie należą do najcelniejszych wytworów ówczesnego złotnictwa. Obok nich bowiem mamy ogromną ilość przedmiotów znacznie mniejszych, ale nadzwyczaj delikatnej roboty: paciorki z cienkiej blaszki srebrnej, w środku puste, na zewnątrz pokryte wzorami ułożonymi z setek małych kuleczek srebrnych o wymiarach gówki szpilki, przylutowanych bezbłędnie jedna tuż obok drugiej, bądź też pokryte wzorkami z cienkiego jak nitka druciku, zwanego stąd filigranem, pozwijanego w najbardziej kunsztowne linie fa­liste lub spiralne, nienagannie symetryczne i wyrównane; kolczyki czy zausznice najrozmaitszych kształtów z nanizanymi na ich kabłączki paciorkami srebrnymi, często ażurowymi albo przypomi­nającymi kilkuramienne rozgwiazdy, lub małe beczułki z filigra­nowymi obręczami, układane po dwie i trzy w jednym szeregu, czy też podobne do grona winnego bądź do małych dzwoneczków, zawieszonych na cieniutkich łańcuszkach srebrnych, miękkich i podatnych na każdy ruch głowy; zapinki i klamerki; pierścionki, przeważnie skręcone z kilku drutów, zawsze otwarte, o ostro sklepanych końcach; guzy; różnorodne wisiorki; kabłączki skroniowe, mniej efektowne, bo wykonane często z jednego, esowato wygię­tego drutu, noszone na przepasce, czasem po kilka z obu stron czoła; względnie rzadko spotykane płaskie pudełeczka, prostokątne lub trapezowate, z cienkiej blaszki srebrnej, na której wytłoczono bogate ornamenty w kształcie motywów roślinnych lub zwierzę­cych, nierzadko czerpanych ze świata fantastyki, zwane przez ba­daczy kaptorgami, a służące zapewne do noszenia na piersiach amuletów.

Oprócz wymienionych tu przedmiotów trafiają się w skarbach różne inne wytwory ówczesnego złotnictwa, o nie zawsze jasnym przeznaczeniu i o wiele bardziej niepewnym po­chodzeniu. Pochodzenie to jest przedmiotem szczególnej uwagi polskich oraz obcych badaczy, nastręcza ciągle jeszcze dużo wątpliwości i powoduje liczne spory. Jedni widzą w większości tych ozdób wytwory miejscowego złotnictwa, inni zaś szukają ich ojczyzny w rozmaitych obcych krajach, w Skandynawii, na Rusi, a nawet na ziemiach muzułmańskich; dzielą je na grupy i podgrupy, stu­diują zasięgi ich występowania, badają podobieństwa i różnice. W tych żmudnych poszukiwaniach trudno dziś jeszcze o ostatnie słowo. Z konieczności więc musimy się na razie zadowolić jedynie przypuszczeniami i nielicznymi tylko pewnikami. Do pewników takich należy twierdzenie, że na ziemiach Polski wczesnośredniowiecznej istniało i rozwijało się rodzime rzemiosło złotnicze. Znamy nieco narzędzi pochodzących z miejscowych warsztatów: tygielki, w których topiono srebro, a niekiedy nawet i złoto, kamienne formy odlewnicze, płytka rogowa z otworkami do przeciągania drutu, jakieś szczypczyki i stempelki. Z faktu istnienia tych przednrotów, a nawet całych osad zwa­nych Złotnikami, zamieszkanych więc przez ludność zajmującą się takim rzemiosłem, trudno jednak wyprowadzić wniosek, że wszystkie opisane przed chwilą ozdoby są dziełem rąk miejsco­wych wytwórców i ich prymitywnych bądź co bądź narzędzi.

Stąd poza owymi kabłączkami skroniowymi, wykonywanymi zresztą również z brązu i ołowiu, poza naśladownictwami ozdób sporządzanymi za pomocą odlewania w kamennych, dość prymi­tywnie wykonanych formach, poza kilku może jeszcze rodzajami naszyjników i naramienników — pozostałe przedmioty, zwłaszcza filigranowe i granulowane, stwarzają podstawę jedynie do dosyć chwiejnego przekonania o ich miejscowym pochodzeniu. Bo i samo ich rozprzestrzenienie, tak zbieżne z rozrzutem obcych monet, podsuwa te wątpliwości. Cóż z tego, że istotnie w Polsce mamy bardzo wiele ówczesnych wyrobów złotniczych; przecież gdybyśmy nie wiedzieli, skąd się wzięły arabskie dirhemy, gdy­byśmy nie umiejąc odczytać ich napisów chcieli wnioskować z sa­mego tylko rozprzestrzenienia znalezisk, to ani chybi doszlibyśmy do wniosku, że miejsce produkcji dirhemów znajdowało się na Gotlandii, w największym centrum ich występowania. I z ozdo­bami więc musimy być bardzo ostrożni; nie możemy przeceniać zbyt pochopnie umiejętności i możliwości dopiero się rozwijające­go złotnictwa polskiego. U nas, śledzących tu dzieje pieniądza na ziemiach polskich, największe zaciekawienie wzbudzić powinien fakt nagminnego niszczenia wyrobów złotniczych i przetwarzania ich w obiegowy środek pieniężny. Sprawa ich pochodzenia, chociaż bardzo ważna, ma jednak w tym wypadku mniejsze znaczenie, toteż wobec tylu wątpliwości pozostawmy ją na uboczu.

Łamanie lub cięcie ozdób srebrnych jest zjawiskiem tak powsze­chnym w Polsce wczesnośredniowiecznej, że oczywiście nie można go tłumaczyć jako przypadku. Nie można go również uważać za bezmyślne niszczenie, będące rzekomo wyrazem nieokrzesania ówczesnych Słowian, jak próbowali twierdzić niektórzy badacze niemieccy. Zresztą nawet najbardziej prymitywny barbarzyńca wykazuje szczególne poszanowanie dla ozdoby stroju. Przesunięcie tych ozdób z bezpośredniej funkcji użytkowej do innej, mniej efektownej, ale może bardziej istotnej, stanowi raczej dowód roz­woju społeczeństwa, w danym wypadku rozwoju ekonomicznego, który domagał się coraz liczniejszych środków pieniężnych. Wprawdzie upieniężnienie ozdób, jak w skrócie będziemy okre­ślać to zjawisko, nie wymaga koniecznie jednoczesnego ich poła­mania i pozbawienia wszelkich pierwotnych funkcji użytkowych. Jednakże fakt dzielenia ozdób jest niewątpliwym dowodem pro­cesu ich upieniężnienia, i to dowodem jego w pełni rozwiniętej formy. Na skutek zaszłej zmiany naszyjnik, bransoleta czy kolczyk, uprzednio noszone dla ozdoby lub chociażby dla wykazania się bogactwem i znaczeniem, teraz już bezpowrotnie utraciły swą dotychczasową rolę: stały się pieniądzem, wartym tylko tyle, ile zawierają w sobie kruszcu. Wyłączność ostatniej z tych funkcji jest nawet bardziej wyraźna niż w wypadku współczesnych im monet.

Bo — jak już wspomi­naliśmy — monety wczesnośredniowieczne traktowano niekiedy także jako ozdoby. Znamy pewną liczbę ich okazów z otworkami w pobliżu krawędzi albo nawet z blaszanymi lub drucianymi uszkami, a więc przysposobionych do zawieszania na jakimś sznur­ku lub też, w wypadku istnienia kilku otworków, do naszycia na odzież w roli pięknie połyskującej blaszki. W takim wypadku moneta wykonana w dalekiej mennicy jako pieniądz, i to wyso­kiej już rangi, w użyciu zamieniała się w ozdobę i ‚dopiero z rodza­ju znaleziska możemy wnosić, którą z tych dwóch ról spełniała ostatnio. Jeśli odkryliśmy taką przedziurawioną monetę w grobie, np. na piersi zmarłego, wtedy jasne jest, że pozostała ona już do końca ozdobą; jeśli zaś znaleźliśmy ją w skarbie, znaczy to, że w pewnym momencie ponownie wróciła do swojej roli pieniężnej. Podobnie i właściwe ozdoby do czasu ich pokruszenia mogły kilkakrotnie zmieniać te funkcje, a nawet pełnić je poniekąd rów­nocześnie. Ozdoby bowiem były niewątpliwie jednym ze środków trwałego przechowywania wartości, jej tezauryzacji, i różniły się tym od skarbu ukrytego w ziemi czy pod progiem domostwa, że nadawały się także do efektownego manifestowania, a więc do uwydatniania pozycji społecznej ich posiadacza.

Dwoistość tych funkcji znalazła szczególnie dobitny wyraz w Skandynawii, gdzie wczesnośredniowiecznym ozdobom srebrnym produkcji miejsco­wej, a zwłaszcza naszyjnikom, bransoletom i dużym zapinkom, bardzo często od razu, w czasie produkcji nadawano ciężar odpo­wiadający używanej tam w handlu jednostce wagowopieniężnej, wynoszącej ok. 51 g, lub jej wielokrotności, o czym zresztą będzie­my jeszcze mówili osobno. Widocznie więc owe ozdoby sporzą­dzano w Skandynawii nie tylko do upiększania stroju, ale i z myślą o posługiwaniu się nimi jako ściśle określonymi jednostkami pie­niężnymi. W Polsce podobnego zjawiska w zasadzie nie stwierdza­my, ale też u nas liczba takich ozdób zachowanych w całości i zba­danych pod względem ich ciężaru jest bardzo nikła, a nadto kwestia miejsca ich produkcji nasuwa zazwyczaj szereg wątpli­wości. Istnieje natomiast charakterystyczna zbieżność pomiędzy Skan­dynawią i Polską, a także Rusią, w zakresie nazw ozdób i jedno­stek pieniężnych.

Na północy mianowicie nazwa „baugr” oznacza duży pierścień, równocześnie zaś „pieniądz” albo „bogactwo” i niewątpliwie pozostaje w związku z „pieniężnym” traktowaniem srebrnych naszyjników lub bransolet, sięgając zresztą czasów jeszcze wcześniejszych, gdy w krajach północnych, zwłaszcza na Wyspach Brytyjskich, używano jako jednostek pieniężnych du­żych pierścieni srebrnych lub nawet żelaznych. Zupełnie podobne zjawisko w Polsce i na Rusi przedstawia nazwa „grzywna”, która obecnie oznacza u nas karę pieniężną, dawniej zaś określała dużą jednostkę ‚wagowopieniężną, a więc odpowiednią ilość srebra. Pochodzenie tej nazwy wiąże się z naszyjnikami srebrnymi, po rosyjsku zwanymi i dziś „grzywnami szyjnymi”; to jest ten sam źródłosłów, który zawiera wyraz „grzywa”. Podobne zbieżności nazw pieniądza i nazw ozdób znają też niektóre inne języki. Srebrne ozdoby stroju, szczególnie bardziej okazałe, nosili ludzie należący do stosunkowo nielicznej, najzamożniejszej grupy spo­łecznej, zwłaszcza do grupy skupionej wokół dworu książęcego. W tym właśnie środowisku nieco później, bo w początkach XII w., żywa była tradycja o minionej już wówczas obfitości takich klej­notów, używanych jakoby powszechnie na dworze Chrobrego. Piszący w pierwszych latach XII w. najstarszy nasz kronikarz, Gall Anonim, związany blisko z dworem Krzywoustego, zanoto­wał: „Za jego bowiem czasów [tzn. Bolesława Chrobrego] nie tyl­ko komesowie, lecz nawet ogół rycerstwa nosił łańcuchy złote niezmiernej wagi; tak opływali wszyscy w nadmiar pieniędzy.

Damy zaś dworskie tak chodziły obciążone koronami złotymi, na­szyjnikami, łańcuchami złotymi, naramiennikami, złotogłowiami i klejnotami, że gdyby ich drudzy nie podtrzymywali, nie mogły­by udźwignąć tego ciężaru kruszców” . W opisie tym jest oczywiście wiele przesady i cech już legen­darnych, widocznych zresztą i w innych ustępach kroniki Galla poświęconych panowaniu Chrobrego. Nie można jednak prze­oczyć faktu, iż znaleziska ozdób poniekąd potwierdzają tę wersję, ale oczywiście tylko w odniesieniu do przedmiotów srebrnych, a nie złotych, jak podał kronikarz w swym zapędzie pisarskim. Znaleziska ozdób srebrnych, obfite w początkach XI w., sto lat potem należą dc zupełnych rzadkości. Wskazują one jednak, że już za Chrobrego rola owych ozdób, początkowo podwójna: użytkowa i pieniężna, w zasadzie ograniczyła się tylko do tej ostatniej na skutek masowego pocięcia ich na drobne fragmenty. Z powszechnego dzielenia ozdób wynika, że w swej pierwotnej postaci nie nadawały się one już do potrzeb obrotu pieniężnego. Widocznie były zbyt duże, nie dostosowane do mniejszych tran­sakcji, a jednocześnie potrzeby te stały się już tak silne, iż skła­niały mężczyzn do odbierania żonom i córkom naszyjników czy bransolet i do ich nieodwołalnego upieniężniania.

Był to więc za­pewne jakiś zabieg surowy, można by sądzić, że nieraz okupiony głębokim żalem naszych prababek. Wolno jednak również przy­puszczać, że znaczna część tych ozdób dostała się na nasze ziemie z zewnątrz, od razu w charakterze pieniądza kruszcowego i może już nawet w ułamkach, i że ludność w ogóle nie używała ich do upiększania stroju. W takiej zaś sytuacji, która przynajmniej dla części wypadków wydaje się prawdopodobna, swego rodzaju kry­zys obyczajowy związany z upieniężnieniem ozdób i, co ważniej­sze, strata części ich wartości reprezentowanej przez pracę złotni­ka obciążałyby już ich uprzednich, obcych posiadaczy. Zapewne jednak w ostatecznym rachunku wyrównywali oni te straty przez zysk osiągnięty z korzystnej wymiany owego srebra na towary polskie czy w ogóle nadbałtyckie. Współcześnie z ozdobami srebrnymi pojawiały się w Polsce, mnożyły i nikły zabytki zgoła odmiennego wyglądu, ale widocz­nie podobnego przeznaczenia. Są to wspomniane już bryłki suro­wego kruszcu i podłużne sztabki srebrne. Występują one w przy­bliżeniu na tym samym obszarze co i ozdoby, a więc głównie w Polsce północnozachodniej i na Połabiu, rzadziej zaś w dal­szych krajach nadbałtyckich. Znamy je również przede wszystkim ze skarbów, w których przeważnie przemieszane są z mone­tami i fragmentami ozdób.

Znów zatem mamy tu jeden z czynni­ków owego handlu, który ożywiał kraje północnozachodniej Sło­wiańszczyzny, w tym wypadku od końca X do połowy XI w. Okres użytkowania owych bryłek kruszcu i sztabek był więc tro­chę krótszy niż okres użytkowania ozdób, pojawiły się bowiem nieco później, jak gdyby powstanie swe zawdzięczały dopiero jakimś czynnikom wtórnym, wytworzonym w następstwie uprzed­niego napływu starszych monet i ozdób srebrnych. Przedmioty te, jak już pisaliśmy, stanowią niejako przeciwień­stwo misternych wyrobów złotniczych. Są masywne, nie zdobione, przeważnie bezkształtne, a w najlepszym razie uformowane w podługowate sztabki, z których tylko nieliczne, stosunkowo regu­larne, świadczą o staranniejszej obróbce. Szczególnie w znalezi­skach polskich przeważają takie nieforemne bryłki, nazywane zwykle „plackami”.

Zarówno one, jak i podłużne sztabki są naj­częściej pocięte czy porąbane na mniejsze i większe fragmenty, przeważnie o ciężarze od jednego do kilku gramów. Przedmioty te odkryto w Polsce w ponad stu znaleziskach. Za zwyczaj poszczególne skarby zawierały od kilku do kilkudziesię­ciu sztuk, ale zdarzało się też, jak np. w wypadku skarbu z Rudy pod Wieluniem, że w jednym naczyniu było ich bez mała 2 ty­siące. Taki zespół robi na pierwszy rzut oka wrażenie usypiska szarych bryłek, zdatnych tylko do wsypania do tygla, nie wartych baczniejszej uwagi. Przez długi czas nie tylko przygodni znalazcy, ale i wytrawni badacze lekceważyli te zabytki, traktując je jako przedmioty nie nadające się w ogóle do szczegółowych studiów. Ledwo je poli­czono lub zważono wszystkie razem (nieraz nie dokonywano nawet takich zabiegów), a już wędrowały na dno szuflad muzealnych, często zaś wprost do złotnika, który sporządzał z nich łyżki czy srebrną biżuterię. Warto tu wspomnieć słowa zasłużonego numi­zmatyka, prof. Zygmunta Zakrzewskiego, który już w 1904 r., gdy żaden z badaczy polskich nie interesował się tymi zabytkami, opracowując nowo odkryty skarb złożony z monet i bryłek suro­wego kruszcu, podał dokładny ich opis, ciężar i próbę srebra, stwierdzając zarazem: „Prawdą jest, iż na razie trudno powie­dzieć, na co się dokładniejszy opis złomków przydać może, wsze­lako winniśmy to nauce i innym badaczom, aby notować najdrob­niejsze szczegóły, nawet takie, które nam się nic nie znaczące wydają” 3.

Niestety, nie wszyscy uczeni, nawet późniejsi, odzna­czali się podobną sumiennością. Dziś jednak nikt już nie wątpi w wielkie znaczenie tych zabytków dla znajomości dziejów pie­niądza wczesnośredniowiecznego i nikt nie pozostawia ich na ubo­czu. Bo spójrzmy, jak te przedmioty powstały i o czym one świadczą. Zacznijmy od „placków”, a więc od owych bryłek o nieregu­larnych kształtach, zazwyczaj zbliżonych do owalu lub koła, osią­gających niekiedy wielkość naszej dziesięciozłotówki, ale na ogół mniejszych, o grubości przeważnie 5—8 mm. Ich górna powierz­chnia, wypukła i zwykle gładka, niekiedy ze śladami jak gdyby małych pękniętych pęcherzyków powietrza, czasem ma jeszcze narośl w postaci niedużego guzka srebrnego. Powierzchnia dolna jest płaska, ale nieco chropawa, jak by odcisnęły się na niej drob­ne ziarenka piasku. Te szczegóły wyglądu zewnętrznego wskazują, iż „placki” po­wstały przez swobodne wylewanie roztopionego srebra na równą powierzchnię pokrytą piaskiem, czy nawet wprost na ziemię. Najczęściej wylewano srebro zapewne na zwykłą deskę, posypa­ną piachem dla ochronienia drewna przed zwęgleniem, lub też na swego rodzaju „stolnicę”, obramowaną jakąś listwą, zabezpie­czającą płynny kruszec przed ściekaniem.

Domyślamy się tego z kształtu niektórych „placków”: nie rozlewały się swobodnie, gdyż po jednej stronie trafiały na jakąś zaporę, dzięki czemu uzyskiwały brzeg wyrównany. Pęcherzyki na powierzchni „plac­ka” to ślady swobodnego krzepnięcia metalu, a guzkowate narośle to krople roztopionego srebra, które dolano z dna tygla na po­wierzchnię już zastygłego czy stygnącego „placka” i które nie stopiły się z nim w jedną całość. Objętość takich odlewów, nawet największych spośród zachowanych, ważących nieco ponad 100 g, nie przekracza nigdy objętości małych tygielków używanych przez ówczesnych złotników. Można więc przypuszczać, że w nich właśnie topiono i następnie wylewano całą ich zawartość na ową „stolnicę”. Skoro zaś wiemy już, jak robiono „placki”, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, kto je produkował i w jakim celu. Nie ulega wątpliwości, że nie jest to, jak niekiedy sądzono, surowiec srebrny pochodzący wprost z wytopu rudy kruszcowej. „Placki” występują na terenach pozbawionych złóż srebra i są stosunkowo małe, co stanowczo przeczy takiemu przypuszczeniu. A więc powstały one z przetopu dawniejszych wyrobów srebr­nych: monet, ozdób czy jeszcze jakichś innych przedmiotów. Skoro jednak srebro we wszelkiej postaci i tak użytkowano u nas w roli środka pieniężnego, powstaje uzasadniona wątpliwość, po co w takim razie zajmowano się jego przetwarzaniem, wymagają­cym przecież wkładu pracy oraz powodującym pewne ubytki me­talu, które są oczywiście nie do uniknięcia w toku podobnej pro­dukcji.

Może więc usiłowano w ten sposób uzyskać czysty kruszec, odrzucając inne, nieszlachetne metale zawarte w poprzednich stopach? W wiekach późniejszych, w XIII i XIV, istniały cale topnie srebra zajmujące się takim właśnie zadaniem. Jednak­że było to celowe w okresie, gdy w obiegu znajdowały się liczne monety wybite ze stopów o dużej domieszce metali pospolitych. Natomiast w czasie, kiedy pojawiły się „placki”, wszystkie mo­nety i ozdoby wykonywano na ogół jeszcze ze srebra „czystego”, co prawda nie w dzisiejszym naszym rozumieniu, ale w pojęciu epoki, ponieważ ówczesne środki techniczne nie pozwalały na uzyskanie wytopu zawierającego więcej niż 930—960 tysięcznych części srebra. I ten więc domysł upada. Jedyne wytłumaczenie dla owego szczególnego zjawiska, jakim było wytwarzanie „placków”, prowadzi do wniosku, że w ten sposób scalano w większe jednostki okruchy srebra, które po­wstały z ciągłego dzielenia na coraz mniejsze części monet lub ozdób i które stały się nie tylko nieporęczne, chociażby jako zbyt łatwe do zgubienia, ale i nieużyteczne w praktyce ówczesnej wy­miany, zbyt drobne w stosunku do przeprowadzanych transakcji. Poprzednio mówiliśmy już, że w związku z pojawieniem się srebrnej monety zachodnioeuropejskiej i wyparciem przez nią dirhemów arabskich nastąpić musiała na naszych ziemiach po­ważna zmiana wartości względnej srebra, tj. jego siły nabywczej, która uległa obniżeniu.

Wtedy też maleńkie ułamki monet arab­skich, dostosowane do uprzedniej sytuacji na rynku pieniężnym i poniekąd same przez tę sytuację ukształtowane, stały się już zbyt mało warte w nowym układzie cen, wytworzonym przez monetę zachodnią. One to właśnie, jak można przypuszczać, pierwsze poszły wówczas do tygli, w których przetworzono je na jednostki większe, użyteczniejsze w obrocie. Domysł taki ma po­twierdzenie w fakcie, że pojawienie się „placków” zbiega się z zanikiem ze znalezisk ułamków dirhemów, które przecież nie mogły od razu zniknąć z obiegu i podobnie jak dirhemy całko­wite lub duże ich fragmenty kursowałyby jeszcze przez jakiś okres obok zachodnich denarów. Widocznie więc większa ich część zo­stała wówczas przetopiona na „placki” i w nowej postaci pełniła swą służbę. Jednakże przetopienie ułamków monet arabskich nie załatwia­ło jeszcze sprawy do końca. Rzemieślnikowi, który zajmował się tym przetwórstwem, najwygodniej było wypełnić od razu cały tygielek okruchami, stopić je i wylać, dzięki czemu uzyskiwał gotowy „placek”. Ale „placek” okazywał się z kolei za duży w stosunku do potrzeb ówczesnej wymiany, posługującej się w drobnych transakcjach denarem jako podstawową jednostką pieniężną.

Dzielono go więc na części o wielkości odpowiadającej w przybliżeniu potrzebom wymiany. Robiono to w sposób bardzo prosty, tnąc „placek” siekierą czy innymi podobnymi narzędzia mi na kilka części, zależnie od jego pierwotnej wielkości i od za­potrzebowania na odpowiednią jednostkę pieniężną. Stąd też w znaleziskach naszych „placki” całkowite należą do rzadkości, a jeśli się trafiają, to przeważnie nieduże, ulane zaledwie z kilku gramów kruszcu. Stosunkowo nieliczne są też fragmenty cięte tylko jeden raz. Przeważnie spotykamy egzemplarze wykazujące po dwie, trzy, a czasem nawet więcej płaszczyzn powstałych wskutek przecięcia siekierą. Tak przeprowadzany podział nie mógł być oczywiście precyzyjny. Niekiedy nawet stwierdzamy w pobliżu płaszczyzny cięcia ślad poprzedniego uderzenia, słab­szego, które następnie „poprawiono”, uderzając ponownie, ale już nie trafiając dokładnie w to samo miejsce. Uzyskiwano więc fragment o wielkości nieco odmiennej od zamierzonej.

Dlatego też do danych wagowych dostarczonych przez ten materiał nie można przykładać zbyt dokładnej skali. Zwraca wszakże uwagę fakt, że w większości wypadków frag­menty „placków” ważą ok. 1,0—1,5 g, a więc reprodukują w przybliżeniu ciężar ówczesnego denara. Jest to przykład kształ­towania przez sam rynek jednostek pieniężnych najbardziej od­powiadających aktualnym potrzebom. W okresie gdy aparat państwowy nie był jeszcze w stanie zorganizować gospodarki pie­niężnej, społeczeństwo polskie podjęło się tej produkcji środków wymiany i tworzyło jednostki wprawdzie nie precyzyjne i nie oparte o autorytet władzy, ale skutecznie spełniające swą rolę w obrocie rynkowym. Stąd odlewcy „placków”, a w pewnym stopniu i ich użytkownicy, którzy następnie rozdrabniali je na odpowiednie części, pełnili niejako funkcję mincerzy. Niezupełnie więc pozbawione jest racji zdanie jednego z naszych badaczy, który nie zawahał się określić „placków” mianem „najstarszej monety polskiej”, chociaż oczywiście mamy tu do czynienia raczej z przenośnią, bo — jak wiemy — typowych cech monety przedmioty te nie posiadały.

Nieco bardziej rozwiniętą formę jednostek pieniężnych stano­wią wspomniane już podłużne sztabki srebrne. Produkowano je podobną metodą, ale raczej tylko w ważniejszych ośrodkach han­dlowych i na użytek wymiany wyższego rzędu, może nawet nie bez udziału organizacji państwowej. Od „placków” różnią się w zasadzie tylko formą, bardziej jednolitą, ale w niektórych wypadkach również bardziej znormalizowanym ciężarem, odpowia­dającym określonym jednostkom wagowopieniężnym. Posługi­wanie się takimi sztabkami było też zjawiskiem o wiele bardziej rozpowszechnionym i długotrwałym niż użytkowanie „placków”, sztabki bowiem znano w świecie starożytnym, a także prawie w całej Europie średniowiecznej. Stosunkowo najliczniej wystę­pują one na Rusi, w okresie nieco późniejszym, bo głównie w XII, XIII i XIV w., pod koniec średniowiecza zaś również na Litwie i w innych krajach nadbałtyckich. Zabytki te odznaczają się zazwyczaj charakterystycznymi kształtami. I tak np. sztabki ruskie, odlewane w XII w. w Kijowie, posiadają przeważnie formę sześcioboków podobnych do dwóch złączonych podstawami trapezów; późniejsze trochę sztabki nowo­grodzkie oraz litewskie są podłużne i mają końce zaokrąglone; w krajach wschodniobałtyckich spotykamy w XIII—XIV stuleciu sztabki stemplowane znakami w kształcie rozetek lub innych figur geometrycznych, niekiedy też liter, przez co nabierały one już cech wielkich jednostek monetarnych, o gwarantowanej przez stempel jakości stopu i wagi.

Te późnośredniowieczne sztabki, produkowane w okresie najwię­kszego upadku monety srebrnej, bitej z lichego kruszcu i zaraizem posiadającej rozmaitą, przeważnie bardzo niską wagę, miały na celu umożliwienie prowadzenia wielkiego handlu międzynarodo­wego, do którego moneta ówczesna zgoła się nie nadawała. Były one wygodne w użyciu przy dużych transakcjach i chętnie przyj­mowano je nawet na obcych rynkach. Dlatego też w znaleziskach występują przeważnie w swej pierwotnej postaci i tylko wyjątko­wo pocięte są dokładnie na pół. Dopiero wprowadzona w XIV stuleciu ciężka moneta groszowa oraz złota, dukat, reprezentująca w sposób bardziej precyzyjny duże jednostki pieniężne, stopnio­wo wyparła sztabki srebrne z obiegu, chociaż niekiedy pojawiały się one jeszcze w wiekach późniejszych. We wczesnym średniowieczu jednak rola tych sztabek była jeszcze nieco odmienna. Ich bardziej różnorodne kształty i mniej stały ciężar wskazują, że traktowano je także podobnie jak „plac­ki”, a więc jak nie znormalizowane jeszcze jednostki pieniężne.

Stosunkowo licznie sztabki występują wówczas w Skandynawii, na ziemiach pruskich i w krajach wschodniobałtyckich, a niekiedy też w innych krajach, jak w Czechach i Niemczech oraz dalej na Zachodzie. Z przeglądu tych zabytków wynika, że wykonywano je w spo­sób dość różnorodny. Niektóre odlewano w formach glinianych lub kamiennych i te posiadały oczywiście najbardziej ujednolico­ny kształt i wagę; niektóre po odlaniu kuto młotkiem, nadając im proste krawędzie lub rozklepując je na grube taśmy srebra. Inne jednak nie noszą śladów żadnej precyzyjniejszej obróbki, można więc przyjąć, iż podobnie jak „placki” lano je wprost z tygla na piasek lub glinę, w której po prostu patykiem czy na­wet palcem zrobiono uprzednio rowek, chroniący stop przed swo­bodnym rozlaniem się. Ta ostatnia grupa sztabek jest stosunkowo najliczniejsza w znaleziskach polskich, ale mamy też i pozostałe, lane w formach lub kute. Zachowało się nawet kilka takich form odlewniczych wykonanych z wapienia, odkrytych na obszarze głównych grodów Polski wczesnośredniowiecznej, w Poznaniu i Łęczycy.

Okoliczność ta pozwala mniemać, że produkcję bar­dziej znormalizowanych sztabek prowadzono w środowiskach najżywiej zainteresowanych w wielkiej wymianie międzynaro­dowej i że jednostki takie były wytwarzane właśnie dla owej wymiany. Nie wiemy niestety, czy sztabki z tych warsztatów docierały istotnie do jakichś dalszych krajów. Udało się jednak stwierdzić, że gdy wyroby takie trafiały na polski rynek wewnętrzny, po­dobnie jak „placki” natychmiast ulegały podziałowi na części o wielkości odpowiadającej potrzebom handlu lokalnego, a więc rzędu jednego czy kilku gramów. Fragmenty takie stanowią zna­komitą większość materiału zabytkowego znanego ze znalezisk i świadczą wyraźnie, iż sztabka całkowita, dogodna w wymianie wysokiego rzędu, na rynku wewnętrznym była jednostką zbyt dużą, nie mieszczącą się w skali codziennych potrzeb. W pewnych, rzadkich zresztą wypadkach można nawet stwierdzić, że już pod­czas produkcji sztabki liczono się z tym, iż może ją spotkać taki los, bo od razu wyciskano w niezastygłym jeszcze metalu głębo­kie, poprzeczne karby, które miały ułatwić podzielenie sztabki na odpowiednią ilość części.

Należy sądzić, że produkcja tego rodzaju sztabek miała identyczne podstawy co produkcja „plac­ków” i nie wiązała się bezpośrednio z potrzebami wymiany dalekiego zasięgu i z wysokiego rzędu wartością dóbr będących przedmiotem wymiany. Zwróćmy jeszcze uwagę na pewien charakterystyczny szczegół wyglądu tych zabytków: oto bardzo często fragmenty tak sztabek, jak i „placków”, a rzadziej także ich egzemplarze całkowite mają na krawędziach po kilka, a nawet po kilkadziesiąt drobnych nacięć, wykonanych jakimś ostrym narzędziem, być może zwy­kłym nożem.

Nie jest zupełnie jasne, po co je robiono. Czy wypróbowywano w ten sposób twardość metalu i stąd wnioskowano o czystości kruszcu? Czy może za pomocą nacięć oznaczano wiel­kość ułamka, zabezpieczając go przed obrzynaniem? Czy też może karbowano na nich jakieś rachunki? Żaden z tych domy­słów nie jest pewny, bo tak prymitywny sposób badania kruszcu lub jakiegoś oznaczania jednostek pieniężnych wydaje się nam dziś mało prawdopodobny. Niekiedy zresztą podobne ślady wy­stępują również na współczesnych „plackom” monetach, które nacinano małym, półokrągłym ostrzem, a nawet nagryzano zę­bami. W tym jednak wypadku w grę wchodziła raczej obawa przed fałszerstwem, bo — o czym się jeszcze przekonamy — już wówczas umiano produkować monety tylko posrebrzane, których jądro tworzyła miedź. W każdym bądź razie nacinanie „placków” i sztabek, a zwłasz­cza ich fragmentów, jest niezależnie od konkretnego celu bezpo­średnim świadectwem intensywnego ich użytkowania w obrocie i wzrastającej czujności społeczeństwa wobec jednostek pienięż­nych, przenikających coraz głębiej w sferę obrotu wewnętrznego na ziemiach polskich.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.